31 października 2012

"Tygrysie Wzgórza" Sarita Mandanna (#50)



TYTUŁ: Tygrysie Wzgórza
TYTUŁ ORYGINAŁU: Tiger Hills
AUTOR: Sarita Mandanna
WYDAWNICTWO: Otwarte
MIEJSCE I DATA WYDANIA: Kraków 2011

LICZBA STRON: 466

Niesamowicie egzotyczna i na wskroś indyjska wędrówka pomiędzy pędami bambusa, w poszukiwaniu tego wyjątkowego kwiatu, odurzającego słodkim zapachem i powalającego miękkością płatków. W dżungli niedomówień, tajemnic i kłamstw giną ludzkie nadzieje, pożarte przez pomarańczowe tygrysy, rozszarpane przez mocarne szczęki i rozprute przez ostre pazury. Gdyby tylko z ust wydobyły się słowa, które skrzętnie połykane przez wiele lat, dławiły i odbierały oddech, to świat wyglądałby inaczej, nabrałby barw i uderzyłby kakofonią ptasich  treli.

Dewi od dzieciństwa była połączona z Dewanną magicznym związkiem, opierającym się na czułości i zrozumieniu. Ona traktowała chłopaka, jako przyjaciela, niosącego ulgę i nadzieję podczas najgorszych chwil w życiu, on kochał ją, miłością tak wielką, że wręcz niszczycielską. Dewanna wysłany do szkoły z internatem przeżywa najgorsze chwile swojego życia, które kumulują się w nim i wybuchają pewnego feralnego wieczoru w pochwie Dewi. W jej ciele zachodzą zmiany, a napięta skóra na brzuchu rozciąga się nad nowym życiem. Jakże łatwiej byłoby pogodzić się Dewi z zaistniałą sytuacją, gdyby nie wielkie uczucie, jakim obdarzyła pogromcę tygrysa, Maću. Od chwili, w której dziewczyna zachodzi w ciążę, świat wielu osób zmienia się nieodwracalnie, a namiętność i miłość zniewala mimo wszystko, mimo zobowiązań i obietnic.

Mandanna posiada rozległą wiedzę na temat tradycji i wierzeń indyjskich, bez wątpienia. Jej powieść jest przepełniona ciekawostkami na temat wiary i obrzędów, a wszystko przyprawione zostało egzotycznym nazewnictwem, które momentami wprawiało w zakłopotanie (na pomoc przychodził wtedy słowniczek umieszczony na końcu książki). Autorka poruszyła trudny temat miłości, która nieskalana prawdą, rozkwitała duszącymi kwiatami. Ciekawy obraz Indii na przełomie wieków (XIX i XX) wybuchnął we mnie feerią barw, przez co mój umysł pracował na zwiększonych obrotach i rejestrował miliony wyjątkowych chwil, w których moje serce stawało na kilka sekund, żeby za moment zabić kilkukrotnie głośniej, niż zwykle.

Warto wybrać się w podróż do Tygrysiego Wzgórza, gdzie pośród jagód kawy rozgrywają się ludzkie dramaty, miłość ma wiele smaków, a życie uczy, że należy rozmawiać, bo jedno zdanie potrafi zmienić tysiąc chwil.

Ocena: 4 / 6


Książka przeczytana w ramach wyzwania  "Z literą w tle" (w tym miesiącu "M").

30 października 2012

STOSIK (#11) - czyli zdobycze książkowe PAŹDZIERNIK 2012, część II (ostrzegam, zwariowałam)

Moi Drodzy, ja naprawdę zwariowałam. Nie spodziewałam się, że aż tyle przybyło mi książek w tym miesiącu. Wszem i wobec ogłaszam, że nie kupię już żadnej książki do końca tego roku, a karą za ustępstwo, będzie czterokrotne przeciągnięcie po schodach  (z parteru na poddasze) z głową wystawioną na wszelkie cięgi. W połowie miesiąca pokazałam Wam moje zakupy z internetowego antykwariatu, jeśli macie ochotę, możecie zerknąć na moje nabytki TUTAJ. Jestem wiecznie nienasycona i szybko zabrałam się do robienia kolejnych zakupów. Na tę chwilę stwierdzam, że nadaję się tylko do leczenia. Jeśli ktoś ma namiary do dobrego terapeuty, to bardzo proszę zostawić informacje w komentarzu.  Miałam duże wątpliwości przed robieniem zdjęć moim zbiorom. Z drugiej strony, chciałabym pokazać, że można kupować książki po niewielkich cenach. Wystarczy śledzić promocje i myszkować w antykwariatach. Poza tym kilka książek udało mi się zdobyć w konkursach i w ramach współpracy, więc to wcale nie jest tak, że ja...dobra, jest źle.


Już kiedyś wspominałam o moich ulubionym antykwariacie stacjonarnym - Silvarerum w Łodzi. Uwielbiam moje wyprawy z siostrą (tak, ona też jest książkoholiczką), kiedy telepiemy się autobusem na Piotrkowską, szperamy między regałami, a potem wieńczymy wyprawę w Manekinie, zajadając się pysznymi naleśnikami. W drodze powrotnej, co rusz wyciągamy nasze zdobycze z szeleszczącej torebki i czytamy raz jeszcze opisy na okładkach. Chichoczemy i wzdychamy ze szczęścia. Nic nam więcej nie potrzeba.

1. Mistrz bladych świętych, Marco Santagata
2. Wszystko czego potrzebujesz, A.L. Kennedy
3. Pocztówki prosto z serca, Ella Griffin
4. Matematyka miłości, Emma Darwin
5. Pomyśl o Lilli, Elizabeth Buchan


W tym miesiącu na stronie Weltbild można było znowu skorzystać z promocji "Milion książek" i kupić książki za 9,90. Tym razem było jeszcze lepiej, gdyż co czwarta książka kosztowała 1 złoty (w letniej edycji co szósta książka była za złotówkę i tylko w księgarniach stacjonarnych). Oczywiście nie mogłam się powstrzymać. Byłam w księgarni stacjonarnej, gdzie obiecałam sobie - "kupię tylko kilka, tylko kilka, najwyżej cztery...". Potem wróciłam do domu i efekty widać powyżej na zdjęciu. Zawsze byłam kiepska z matematyki.

6. Łabędź i złodzieje, Elizabeth Kostova
7. Królowa deszczu, Katherine Scholes
8. Niewidzialna góra, Carolina de Robertis
9. Kupiecka baronowa, Ines Thorn 
10. Córka kupca, Ines Thorn 
11. Szczęśliwy traf, Louise Shaffer
12. 127 godzin, Aron Ralston
13. Co widziały wrony, Anne-Marie MacDonald 
14. Apsara, Marek R. Litmanowicz
15. Ostatni raz, Anna Gavalda
16. Wystarczy chwila, Penny Vincenzi
17. Oliwkowe żniwa, Carol Drinkwater
18. Krawcowa z Madrytu, Maria Duenas
19. Jesienne werble, Diana Gabaldon 
20. Zalotnica niebieska, Magdalena Samozwaniec
21. Obca, Diana Gabaldon
22. Nieznajoma, Pamela Schoenewaldt
23. Mistrzyni przypraw, Chitra Renerjee Divakaruni




Pierwszy raz zamawiałam książki z księgarni Wersalik.pl. To zamówienie czysto kolekcjonerskie, więc nie załapałam się na żadną promocję. Muszę jednak przyznać, że jest taniej, niż w konkurencyjnych sklepach internetowych. Nie będę rozpisywać się, jak jeden dzień po dokonaniu wpłaty za zamówienie, zobaczyłam, że Weltbild przecenił Gabaldon na 9,90, podczas gdy ja wybrałam dwie książki na Wersaliku.pl w normalnej cenie. Nie będę zmyślać, gdy napiszę, że walnęłam głową o klawiaturę. Raz, a potem jeszcze kilka...

24. Podróżniczka, Diana Gabaldon 
25. Ognisty krzyż, Diana Gabaldon
26. Ręka Fatimy, Ildefonso Falcones
27. Portret  sepii, Isabel Allende 
28. Córka drukarza, Ines Thorn (musiałam kupić drugą część trylogii, gdyż tylko dwie były dostępne w promocji Weltbild) 
29. Uciekinierka z San Benito, Chufo Llorens
30. Morze ognia, Chufo Llorens
31.  Władca Barcelony, Chufo Llorens



Na stronie wydawnictwa Muza trafiłam na kilka książek w promocyjnych cenach. Kilka z nich było na mojej "liście kolekcjonerskiej" od dawna, więc oczywiście co zrobiłam...kupiłam. Niektóre pozycje były naprawdę niedrogie (Murakami za 14,90 / Zafon za 9,90 / Allende prawie 50% taniej), dlatego w tym wypadku nie mam zbyt wielkich wyrzutów sumienia.


32. Podmorska wysoa, Isabel Allende 
33. Ines, pani mojej duszy, Isabel Allende
34. Ewa Luna, Isabel Allende 
35. Dom duchów, Isabel Allende 
36. Córka fortuny, Isabel Allende
37. Światła września, Carlos Ruiz Zafon 
38. Pałac północy, Carlos Ruiz Zafon
39.  Książę mgły, Carlos Ruiz Zafon
40. Moje drzewko pomarańczowe, Jose 
41. Rosyjska konkubina, Kate Furnivall
42. Ostrygojady, Susan Fletcher 
43. Norwegian Wood, Haruki Murakami 
44. 1Q84 tom 3, Haruki Murakami
45. 1Q84 tom 2, Haruki Murakami
46. 1Q84 tom 1, Haruki Murakami


Na stronie wydawnictwa Znak również promocje. Bardzo ucieszyła mnie obniżka "Delikatności", gdyż odkąd pierwszy raz usłyszałam o tej książce (i zobaczyłam zapowiedź filmu) to wiedziałam, że muszę zdobyć egzemplarz do mojej kolekcji. Książki po ogromnej zniżce, około 10 złotych za sztukę. Bardzo ucieszył mnie fakt darmowej przesyłki do Paczkomatu, który notabene odwiedzam częściej, niż sklep spożywczy.

47. Delikatność, David Foenkinos 
48. Nigdy i na zawsze, Ann Brashares 
49. Tygrysie wzgórza, Sarita Mandanna



Na koniec książki, które przybyły do mnie z różnych źródeł. W moim domu, każda książka witana jest po królewsku - gdy cichutko puka do drzwi, ja szybko biegnę po szczotkę do włosów, poprawiam ubranie, rozwijam czerwony dywan w przedpokoju i wpuszczam ją do środka.

50. Krąg, Mats Strandberg i Sara B. Elfgren (od wydawnictwa Czarna Owca) 
51. Marina, Carlos Ruiz Zafon (od mojej Mamci)
52. Muffiny (prezent od M)
53. Dotknąć nieba, Richard Paul Evans (od Magdy, wygrana w konkursie na jej blogu)
54. Jest taki dzień w lutym (od Awioli, wygrana w konkursie na jej blogu)
55. Och, te okropne walentynki! (od Awioli, jak wyżej) 
56. Dziennik znaleziony w piekarniku, Marek Susdorf (od autora)

Jeśli nie popełniłam żadnej pomyłki w obliczeniach, to ten miesiąc zakańczam z 83 nowymi książkami. Teraz idę 83 razy uderzyć głową o ścianę (pójdę do łazienki, na haczyku wisi ręcznik, który uchroni mnie przed wstrząsem mózgu). Tyle razy obiecywałam sobie, że powstrzymam książkowego potwora, gdyż jeszcze trochę i będę musiała poprosić sąsiada o przechowanie części posiadanych przeze mnie egzemplarzy. Nie wiem, sama nie wiem. Co ja mam Wam napisać? Chyba tylko: Nil mirari, nil indignari, sed intellegere*.

* Nie dziwić się, nie oburzać, lecz zrozumieć ;)

29 października 2012

"Delikatność" David Foenkinos (#49)


TYTUŁ: Delikatność
TYTUŁ ORYGINAŁU: La delicatesse
AUTOR: David Foenkinos
WYDAWNICTWO: Znak
MIEJSCE I DATA WYDANIA: Kraków 2012

LICZBA STRON: 204

Delikatny: odznaczający się wrażliwością, subtelnością w sposobie bycia, umiejętnością nieurażania ludzi.* Delikatny i subtelny, cichy i spokojny, nad wyraz dobry, lecz również szary i nijaki, Markus, mężczyzna obdarowany pocałunkiem, który niczym życiodajne tchnienie, zmusił jego płuca do pracy.

Nathalie to kobieta po przejściach, która zamyka się w sobie po śmierci męża. Francois zginął pod kołami ciężarówki, a jego śmierć odebrała Nathalie chęć uśmiechania się na wiele lat. Kobieta pozwoliła porwać się pracy, w której szybko osiągnęła sukces. Warto wspomnieć, że jej szef od dawna miał na nią oko i przy każdej okazji próbował nawiązać romans. Nathalie nie w głowie miłostki, gdyż pamięć o mężu ucisza szybsze bicie serca na widok innych mężczyzn, jej spojrzenie jest zimne i obojętne, a skóra nie gotowa na dotyk obcych rąk. Wszystko zmienia się, gdy pewnego dnia do jej gabinetu wkracza Markus. Przeciętny, cichy, o nieatrakcyjnym wyglądzie mężczyzna, zostaje namiętnie pocałowany przez Nathalie, a następnie wyproszony za drzwi. Ten pocałunek wywoła lawinę uczuć, a Markus wszystkimi siłami będzie próbował uwolnić Nathalie spod warstwy śniegu i lodu.

Foenkinos bardzo mnie zaskoczył. Nie spodziewałam się, że mężczyzna, który do "szesnastego roku życia nie przeczytał żadnej książki", będzie wstanie mnie wzruszyć, rozśmieszyć, zmusić do refleksji. W kilku momentach pospiesznie ścierałam łzy, chroniąc cenne kartki przed zalaniem. Ta historia jest banalna, prosta, nawet język nie jest specjalnie wyszukany. Tutaj nic nie było udawane. Ta prostota dotarła głęboko do mojego serca i zakorzeniła się w moim umyśle, dając życie wspaniałym wspomnieniom. Strata, jaką odczuwała Nathalie po śmierci męża, była wręcz namacalna. Była ciemna, gęsta, lepka. Uczucie, jakim obdarzyła Markusa było niczym stadium rozwoju motyla, od gąsienicy, do poczwarki, po imago. Na początku ogromna nieufność, wręcz niechęć, potem lekkie zakłopotanie, chwilowa tęsknota, gorące pragnienie i spektakularny finał, pogodzenie się ze światem i otwarcie się na miłość. 

Krzywym okiem patrzyłam tylko na dziwne fragmenty (przepisy kulinarne, fragmenty ze słownika,  odniesienia do dzieł sztuki) kończące kilka rozdziałów. Niektóre były niesamowicie ciekawe, trafne i doceniałam ich byt, zaś inne były lekko wymuszone. Mimo wszystko to ciekawy zabieg, z którym spotkałam się po raz pierwszy i dodał specyficznego uroku całej historii. 

Delikatność jest pyszna, warto rozkoszować się nią powoli.
 
* s. 48
 
Ocena: 5 / 6

Mam nadzieję, że nadarzy się okazja, abym mogła zobaczyć ekranizację tej powieści w kinie. W roli głównej uwielbiana przeze mnie Audrey Tautou, urocza i...delikatna.

28 października 2012

"1Q84 tom 1" Haruki Murakami (#48)


TYTUŁ: 1Q84 tom 1
TYTUŁ ORYGINAŁU: 1Q84
AUTOR: Haruki Murakami
WYDAWNICTWO: Muza
MIEJSCE I DATA WYDANIA: Warszawa 2010

LICZBA STRON: 479

Dwa księżyce na niebie to widok zadziwiający. Czy istnieje możliwość, że rok 1984 przekształcił się w 1Q84, świat równoległy, w którym na pozór wszystko wygląda normalnie, oprócz nocnego nieba?

Aomame to instruktorka sztuk walki, doskonała masażystka, morderczyni w dobrej wierze. Tengo to początkujący literat, walczący o swoją pozycję w świecie słowa pisanego. Kiedyś połączył ich przelotny uścisk dłoni, który dla każdego znaczył coś innego. Dzisiaj obydwoje są zagubieni w świecie, w którym przemoc zasłania słońce. Aomame morduje mężczyzn, którzy dopuszczają się przemocy wobec kobiet, a Tengo podejmuje się poprawienia (wręcz napisania od początku) powieści kilkunastoletniej debiutantki, która zadziwia swoim specyficznym sposobem mówienia i myślenia. Wszystko kumuluje się w Sakigake, gdzie za wysokimi murami funkcjonuje dziwna organizacja, początkowo komuna, później sekta.

Murakami w tym wydaniu nie powalił mnie na kolana. Rozumiem, że powinnam zapoznać się z dalszymi losami bohaterów, ale wcale nie spieszę się do tego. Świat stworzony przez autora (dwa księżyce, Little People) jest dla mnie nie do końca zrozumiały, mało tego, nie jestem pewna czy moja ciekawość została rozbudzona na tyle, żeby drążyć temat w przyszłości. Wszystko ma iście surrealistyczny wydźwięk, a podszyte zostało najpospolitszymi instynktami ludzkimi. Dużo tutaj seksu, napięć pomiędzy bohaterami, niespełnienia fizycznego i emocjonalnego, rozgoryczenia i zagubienia. Nie do końca rozumiem, jaki był zamysł autora, który bardzo często nawiązywał do uprawiania seksu, myślenia o seksie, rozmawiania o nim i snucia planów związanych z życiem intymnym. Czy to przypadkiem nie jest ten pieprzyk na policzku powieści, który przyciąga wzrok czytelników i mimo, że nie wypada się gapić, oczy wychodzą nam z orbit? Jak to jest?

Plusem powieści są niektóre wątki, jak chociażby specyficzna profesja Aomame, która skutecznie pozbywa się mężczyzn, za pomocą specjalnie skonstruowanego szpikulca. Ten temat mnie zafascynował, chociażby dlatego, że jestem kobietą i nienawidzę mężczyzn, którzy zamiast ust i mózgu, używają pięści i ciężkich butów, aby pokazać "kto tu rządzi". Przemoc wobec słabszych niezmiernie mnie porusza, nie godzę się na nią i chętnie wymierzyłabym sprawiedliwość własnymi rękami, gdybym miała tylko ciut większą odwagę. Aomame posiada ogromną determinację, która wynika z przeżyć osobistych i nie pozwala jej na strach czy wahanie; dłoń sięga do torebki i poszukuje narzędzia zbrodni, a palce głaszczą kark mężczyzny w poszukiwaniu tego idealnego punktu, którym po wbiciu szpikulca, ulatuje dusza.

Mniej podobał mi się wątek Tengo, który porwał się na poprawianie powieści siedemnastoletniej Fukaeri. Moim zdaniem to temat rozbuchany do ogromnych rozmiarów, który strawił płomieniem znacznie ciekawszą historię Aomame. Całość wypada średnio, nie zachwycił mnie język powieści, nie zachwyciły mnie kreacje bohaterów. Nie rozumiem fenomenu tej powieści, ale wierzę, że rzesze fanów Aomame i Tengo znaleźli w tej historii więcej wartościowych aspektów, niż ja. 
   
Ocena: 3 / 6


Książka przeczytana w ramach wyzwania  "Z literą w tle" (w tym miesiącu "M").

26 października 2012

"Droga przez góry" Elizabeth McGregor (#47)


TYTUŁ: Droga przez góry
TYTUŁ ORYGINAŁU: A way through the mountains
AUTOR: Elizabeth McGregor
WYDAWNICTWO: Świat Książki
MIEJSCE I DATA WYDANIA: Warszawa 2004

LICZBA STRON: 287

Niedomówienia, tajemnice i półprawdy niszczą ludzi, więc gdy dostajemy szansę, aby wszystko naprawić, korzystajmy z niej i ratujmy, co się da.

David jest mężczyzną na życiowym zakręcie, który nie potrafi ułożyć sobie normalnego życia. Unika odpowiedzialności, ciągle zmienia pracę i nie słucha dobrych rad. Pewnego dnia odbiera telefon, w którym słyszy głos matki swojej ukochanej ze studiów. Anna, jego utracona miłość, leży w szpitalu z ciężkimi obrażeniami, które otrzymała na wskutek wypadku samochodowego. Kobieta prawdopodobnie umiera. David dowiaduje się, że czeka na niego kilkuletnia córka, o której istnieniu nie miał pojęcia. Mężczyzna musi zająć się dzieckiem i stawić czoła przeszłości, aby wyleczyć swoją duszę i pomóc Annie wrócić do życia.

W trakcie czytania odnotowałam wzloty i upadki. David jest botanikiem, którego fascynuje chińska przyroda. Nie podobały mi się długie opisy dotyczące flory wysokogórskiej, gdzie autorka używała łacińskiego nazewnictwa i przytaczała skomplikowane określenia bez opisywania konkretnej rośliny. To była podróż poprzez gatunki roślin bez żadnego wyobrażenia na temat ich wyglądu, co jest dość nieprzyjemne dla czytelnika-laika, który nie posiada szczegółowej wiedzy z dziedziny botaniki. Zauważyłam, że ostatnio często trafiam na książki, w których szczegółowa wiedza jest podana bez umycia, ugotowania i pokrojenia (chociażby Karzeł Mendla), przez co spożycie jej kończy się niestrawnością. Nie do końca rozumiem postępowania autorów, którzy bombardują czytelnika skomplikowanymi i niejasnymi informacjami, które tak naprawdę nie wnoszą nic do opowiadanej historii. Ubolewam nad tym ogromem wiedzy z dziedziny botaniki, chociaż lubię przyrodę i natura jest mi bliska.

Ogromnym plusem jest wątek związany ze sztuką. Główna bohaterka jest rozwijającą się malarką, która z dnia na dzień staje się coraz bardziej popularna. Sukces zawdzięcza swojemu talentowi, ale również dzięki mecenatowi Garetta (jej partnera), który uświadamia sobie, że współpraca z Anną to lukratywny interes. Mężczyzna otacza się nimbem tajemniczości i kusi kobietę swoim nienagannym zachowaniem. Śpiączka, w którą zapada Anna, odkrywa prawdziwą naturę Garetta - mężczyzna wykorzystuje tragedię i zawłaszcza wszystkie prace malarki. Pozorna troska przeradza się w obezwładniającą chęć zarobku, która depcze i niszczy, zabija wiarę w ludzi. 

Przepiękne, bardzo wzruszające zakończenie tej opowieści, pozostanie w mojej pamięci na zawsze. Warto uwierzyć w siebie i w innych, warto walczyć i dawać z siebie wszystko, gdyż nagroda jest wielka. Nagrodą jest życie.

Ocena: 3 / 6


Książka przeczytana w ramach wyzwania  "Z literą w tle" (w tym miesiącu "M").

25 października 2012

"Twarz z przeszłości" Fern Michaels (#46)

 
TYTUŁ: Twarz z przeszłości
TYTUŁ ORYGINAŁU: About face
AUTOR: Fern Michaels
WYDAWNICTWO: Świat Książki
MIEJSCE I DATA WYDANIA: Warszawa 2004

LICZBA STRON: 320

Jak to jest, gdy nie pamięta tego, co sprawia przyjemność? Jak przyrządzało się herbatę? Z kwaśnym sokiem cytryny, czy z słodyczą złocistego miodu? Czy ciało otulały kaszmirowe swetry, czy bluzy z pluszowym podbiciem? Jakie książki sprawiały przyjemność? Jakie dźwięki, jaki kolory, jakie...Jakie snuło się plany na przyszłość i dlaczego ktoś postanowił to wszystko zniszczyć?

Casey po wielu latach spędzonych w szpitalu psychiatrycznym, zamieszkuje ze swoją matką w okazałej rezydencji jej nowego męża. W drodze ze szpitala poznaje doktora Huntera, który okazuje się wyjątkowo szarmanckim mężczyzną i przyjacielem rodziny. W domu matki, spotyka Florę, swoją opiekunkę z dzieciństwa, która teraz pełni rolę gospodyni, piastującej opiekę nad posiadłością. Wydarzenia z przeszłości sprawiły, że pod wpływem ogromnego urazu psychicznego, dziewczyna straciła pamięć. Historia wiąże się z jej przyrodnim bratem, o którym nikt nie chce rozmawiać, a przez intrygę dyrektora szpitala psychiatrycznego, dziewczyna nie może przypomnieć sobie, co stało się dziesięć lat temu. Gdzie jest jej brat? Co łączy jej matkę z dyrektorem szpitalu? Kto próbuje udaremnić jej odzyskanie pamięci?

Ogromną wartością tej książki są bohaterowie wykreowani przez Michaels. Matka głównej bohaterki to niesamowity przykład kobiety owładniętej rządzą pieniądza, która nie cofnie się przed niczym, aby zaspokoić swoje wciąż rosnące potrzeby. Dla niej najważniejsza jest wysoka pozycja społeczna, którą osiąga depcząc, poniżając i niszcząc innych ludzi, których tratuje, jako pionki pomagające jej w dojściu do upragnionego celu. Casey, główna bohaterka książki, oprócz utraty pamięci, nosi wszelkie znamiona ofiary. Jest bojaźliwa, zamknięta w sobie, przystaje na wszelkie sugestie apodyktycznej matki i dopiero pod wpływem życzliwych osób, jak doktor Hunter czy gospodyni Flora, która od samego początku otacza ją opieką, Casey uwalnia się od przeszłości i zaczyna walczyć o teraźniejszość. 

Zaskoczyło mnie to, z jaką przyjemnością śledziłam losy głównej bohaterki. Tak naprawdę powieść nie należy do literackich perełek, w których odnajdujemy piękny język, treść opartą na wieloletnich badaniach autora, czy Jest w tej historii ogromny potencjał, a autorka prowadzi nas z rękę, sprawnie lawirując pomiędzy obłokami nudy. Byłam ciągle zaskakiwana kolejnymi faktami na temat przeszłości Casey, a również drobnymi incydentami, które nadawały smaku tej historii. Moment, w którym Casey znajduje na swoim ciele drobne zadrapania, a jej wzrok pada na otwarty słoiczek z balsamem, w którym błyszczą drobinki szkła, był naprawdę ciekawie opisany. Dosłownie czułam przerażenie tej dziewczyny, która po wielu latach spędzonych w szpitalu psychiatrycznym, jest atakowana w domu własnej matki.

To naprawdę ciekawa książka, w której cały czas coś się dzieje, przez co nie sposób jest się oderwać od czytania. Myślę, że warto sięgnąć po tę pozycję.

Ocena: 4 / 6


Książka przeczytana w ramach wyzwania  "Z literą w tle" (w tym miesiącu "M").

24 października 2012

"Co widziały wrony" Anne-Marie MacDonald (#45)

 

TYTUŁ: Co widziały wrony
TYTUŁ ORYGINAŁU: The way the crow flies
AUTOR: Anne-Marie MacDonald
WYDAWNICTWO: Świat Książki
MIEJSCE I DATA WYDANIA: Warszawa 2011

LICZBA STRON: 846

Madelaine wraz z rodzicami i bratem prowadzą specyficzny tryb życia. Rodzina przemieszcza się pomiędzy bazami lotniczymi, w których pan McCarthy pełni służbę. W kanadyjskiej bazie ich życie ulegnie całkowitej zmianie. Zostajemy wrzuceni w lata 70-te XX wieku, kiedy toczą się rozmowy na temat wyprawy pierwszego człowieka na Księżyc, a II wojna światowa nadal oddziałuje na ludzi, nie tylko za sprawą wspomnień, ale również nierozwiązanych kwestii zbrodniarzy wojennych. Szkoła Madeleine pod warstwą różowego lukru, ukrywa zieloną pleśń - zajęcia pozalekcyjne i tzw "ćwiczenia" w klasie pana Marcha, robią się coraz bardziej niepokojące. Ojciec dziewczynki zostaje wciągnięty w misję, która zaważy na szczęściu całej rodziny. Morderstwo, które widziały tylko wrony, to najbardziej zaskakujący element książki - nie domyślałam się zakończenia, aż do ostatniej strony.

Zauważyłam, że MacDonald opiera swoje powieści na podobnym schemacie. Najpierw zostajemy wprowadzeni do historii, potem rozważamy główne problemy i przenosimy się w przyszłość, która ukazuje, jak wydarzenia z dzieciństwa, mają wpływ na dorosłość. Ponownie poruszany jest problem miłości lesbijskiej, odmienności seksualnej, która ma negatywny wpływ na relacje bohaterów z konserwatywnym otoczeniem. Tutaj kłania się wiedza biograficzna na temat autorki, która przemyca własne doświadczenia na karty powieści. MacDonald posiada żonę. Być może swoimi historiami na temat miłości pomiędzy kobietami, pragnie rozliczyć się z trudną przeszłością, kiedy musiała walczyć o swoją tożsamość i radzić sobie z brakiem akceptacji ze strony rodziny i przyjaciół. Kto wie?

Drugim ważnym aspektem, który ponownie odnalazłam w powieści tej autorki, jest problem wykorzystywania seksualnego dzieci. Tutaj odnosi się do relacji nauczyciel-uczeń, w "Zapachu cedru" był to związek rodzic-dziecko. W tym miejscu muszę złożyć pokłon autorce, gdyż w fenomenalny sposób przedstawiła  bolesne doświadczenia z perspektywy dziecka, które oprócz niepokoju i dyskomfortu, nie ma pojęcia co dzieje się z jego ciałem. Dziecko ukrywa przed rodzicami wydarzenia związane z intymnymi zbliżeniami, gdyż zostaje zmanipulowane przed pedofila. To wszystko ma wpływ na przyszłość, na obezwładniającą dezorientację, którą dziecko będzie odczuwać w kwestiach uczuciowych i seksualnych. 

Myślę, że ta opowieść ma ogromną wartość, natomiast nie wszystkie momenty były dla nie interesujące. Męczyłam się czytając wspomnienia wojenne, suche informacje na temat wyścigu dotyczącego postawienia stopy na Księżycu (tak naprawdę o znamionach politycznych) pomiędzy Rosją a Stanami Zjednoczonymi. Niuanse na temat szpiegostwa były dość męczące i akurat w tej formie, którą wybrała autorka, nie wzbudziły mojego zainteresowania. Poza tym wydaje mi się, że duża objętość powieści jest trochę wymuszona. Historia zmieściłaby się spokojnie na 400 stronach i nie straciłaby nic na swej wartości. Może to głupie, ale czytanie tak grubej książki, bywa nieprzyjemne, po prostu. Po kilku godzinach trzymania w dłoniach opasłego tomu, odczuwałam fizyczny ból w nadgarstkach. Nie wyobrażam sobie zabrania w jakąkolwiek podróż tej książki (noszenie w torebce to istny koszmar), a muszę przyznać, że uwielbiam mieć przy sobie aktualnie czytaną powieść.

Podsumowując, ta powieść nie zrobiła na mnie tak dużego wrażenia, jak wspominany "Zapach cedru" (RECENZJA TUTAJ), po którym trzęsłam się z emocji. Myślę jednak, że warto zapoznać się z obydwiema książkami MacDonald, aby wyrobić swoje własne zdanie. Serdecznie polecam, gdyż autorka posiada niezwykłą umiejętność wzruszania, a jej bohaterowie to dowód na ogromną przenikliwość i znajomość ludzkiej psychiki.

Ocena: 4 / 6


Książka przeczytana w ramach wyzwania  "Z literą w tle" (w tym miesiącu "M").

23 października 2012

"Droga do piekła" Majgull Axelsson (#44)


TYTUŁ: Droga do piekła
TYTUŁ ORYGINAŁU: Lang borta fran Nifelheim
AUTOR: Majgull Axelsson
WYDAWNICTWO: W.A.B.
MIEJSCE I DATA WYDANIA: Warszawa 2008

LICZBA STRON: 388

Niepokojące dzieciństwo, niepokojąca dorosłość. Okrutny świat, w którym wzdęte brzuchy dzieci podrażniają oczy i paraliżują dłonie, niezdolne do podania kromki chleba. Wymagania, którym nie można podołać, paraliżujący strach i niemoc.

Cecylia spogląda przez szparę w drzwiach na swoją umierającą matkę. Wspomnienia uderzają w nią z wielką mocą, dzieciństwo wydaje się być udręką, zmorą, okrutnym sąsiadem. Brak akceptacji ze strony apodyktycznej matki, trudna przyjaźń z Maritą, problemy fizjologiczne, to wszystko toczy się po schodach do ciemnej piwnicy, gdzie pękają słoiki z przetworami. Makijaż wykonywany pospiesznie w budce telofonicznej, pierwsze znamiona dorosłości. Mąż, ambitny polityk, córka,  obojętna na wszystko i kariera, którą napędza potrzeba serca. Cecylia, obserwatorka ludzkich tragedii, która walczy z biedą, niczym Don Kichot z wiatrakami, przebywając w krajach "trzeciego świata" jest świadkiem upadku obyczajów. Podczas wizyty na Filipinach musi stawić czoło żywiołowi i wraz ze swoim kierowcą zostaje uwięziona w szarości popiołu i czerwieni ognia, wydobywającym się z wulkanu.Kogo spotka w tych nieprzyjaznych okolicznościach? Czego dowie się na swój temat?

Axelsson jest mistrzynią. Potrafi pisać książki o różnych kulturach z wnikliwością tubylca, przy czym zawsze osnuwa wszystko szwedzkim chłodem. Jej powieści są wieloznaczne, poruszające i dające do myślenia. Zabieg cofania się w czasie, w przyszłość dalszą i bliższą, wprowadza momentami lekki chaos. Warto skupić się na lekturze, aby zrozumieć Cecylię, to kim się stała, z jakiego powodu zamyka się w łazience z jedzeniem i kocem, a w lustrach widzi twarze zmarłych. Autorka stworzyła kilka ciekawych bohaterów, wniknęła w problemy rasowe, zadała pytania o ludzkie przeznaczenie i wpływ dzieciństwa na naszą dorosłość. Wszystko jak zwykle na wysokim poziomie, napisane lekko, a jednak historia poruszyła swoją brutalnością i prawdziwością.

To trudna opowieść, pełna drobnych skoków w przeszłość. Przed oczami migocze świat, który ukazuje się w różnych perspektywach. Kobiece postacie w powieściach Axelsson są pełne tajemnic i ukrytych emocji,  a czytelnikowi udowadniają, że wszystko można znieść i nadal kochać, oddychać, żyć.

Ocena: 5 / 6

15 października 2012

STOSIK (#10) - czyli zdobycze książkowe PAŹDZIERNIK 2012, część I


Moi Kochani, ten miesiąc to istne szaleństwo. Wpadłam w zakupoholizm i nie ma dnia, żebym nie myślała o nowych zdobyczach książkowych (grzebię w sklepach internetowych, szukam pretekstów do pojechania do antykwariatu, przeglądam wszystkie możliwe promocje i wyprzedaże), co zaczyna mnie odrobinę przerażać. Obawiam się, że niedługo zabraknie mi miejsca na nowe książki, ale szczęście, które odczuwam na ich widok jest tak duże, że nie umiem powstrzymać się przed zakupami. 

- Mam na imię Karolina i jestem książkoholiczką.

Musiałam podzielić zakupy na dwie części (kolejną umieszczę na koniec miesiąca), gdyż nie chciałam budować zbyt wysokich wież, w obawie o wypadek-upadek ;) Dzisiaj pokażę książki, które zakupiłam w pewnym antykwariacie internetowym, który powalił mnie na kolana niskimi cenami, estetycznym wyglądem woluminów ( z jednym wyjątkiem "Pióro i kamień") i bardzo miłą obsługą. Ceny książek wahały się od 2 do 8 złotych, przesyłka kurierska darmowa. Uwierzcie mi, zapłaciłam za wszystko tyle, ile musiałabym wydać na 5 nowych książek w księgarni. Stwierdzenie: "nie kupuję książek, bo są za drogie" jest czczą wymówką, wystarczy dobrze poszukać.


1. Moje rzymskie wakacje, Kristin Harmel
2. Focza dama, Kathryn Harrison
3. Drugi rodzaj ciszy, Eileen Goudge
4. Po prostu razem, Anna Gavalda
5. Klub śpiewających rzeźników, Louise Erdrich
6. Sekret Clary, Francoise Bourdin
7. Grób córki Boga, Ellen Brett Block
8. Krajobraz miłości. Sally Beuman
9. Rok wieczności, Ronald Anthony
10. Jeszcze jeden dzień, Mitch Albom


11. Belcanto, Ann Patchett
12. Twarz z przeszłości, Fern Miaels
13. Droga przez góry, Elizabeth McGregor
14. Malowany welon, W.Somerset Maugham
15. Zapach cedru, Anne-Marie MacDonald
16. Carnevale, M.R. Lovrie
17. Klub wspomnień, Laura Kalpakian
18. Polowanie na sobowtóra, Linda Howard


19. Pióro i kamień, Patricia Shaw
20. Upragnione życie, Louise Voss
21. Kochając większą kobietę, Jennifer Weiner
22. Święto róż, Indu Sundaresan
23. W tym życiu albo w przyszłym, Christian Signol
24. Kuzynka Nora, Anne Rivers Siddons
25. Lodowa pułapka, Kitty Sewell
26. Trzynasta opowieść, Diane Setterfield
27. Dziecko Estery, Jean Sasson

Od jutra krótki urlop. Potrzebuję odrobiny oddechu, abym potem mogła skupić się na ważnej dla mnie sprawie. Wiem, że będę tęsknić - za pisaniem, czytaniem, za Wami, ale czas szybko mija, więc nie tracę dobrego humoru, ani na chwilę.

"Smak szczęścia" Santa Montefiore (#43)


TYTUŁ: Smak szczęścia
TYTUŁ ORYGINAŁU: The perfect happiness
AUTOR: Santa Montefiore
WYDAWNICTWO: Świat Książki
MIEJSCE I DATA WYDANIA: Warszawa 2011

LICZBA STRON: 390

Jesienne wieczory, które napawają niepokojem (szum drzew poruszanych przez wiatr, stukot kropel deszczu uderzających o parapet) najlepiej spędzać na przyjemnej lekturze. Rzadko sięgam po typowe powieści kobiece z wątkiem romantycznym, który stanowi fundament całej historii, ale skuszona pozytywnymi opiniami na temat twórczości Montefiore, postanowiłam zatracić się w świecie wykreowanym przez tę autorkę. Nie liczyłam, że w trakcie czytania objawią mi się życiowe prawdy rodem z powieści Schmitta czy chociażby Pamuka, ale to, co otrzymałam ostatecznie, zakrawa na żart.

Montefiore snuje opowieść, w której czterdziestoletnia pisarka książek fantastycznych dla młodzieży i dzieci, poznaje przystojnego mężczyznę z którym wdaje się w romans. Angelica - tak, tak, to nasza główna bohaterka - to kobieta nieszczęśliwa, nie potrafiąca docenić swojego męża, swoich przyjaciółek, swojego życia. Gdy poznaje Jacka, nagle budzi się w niej młodość,  wznieca się iskra, która niestety zapala lont...

Nie jestem w stanie zrozumieć toku myślenia autorki. Przede wszystkim kobiety ukazane w tej historii były: nadwyraz próżne, małostkowe i interesowne, lub: wyzwolone, wręcz dzieci-kwiaty. Okropnie przeszkadzało mi przytaczanie nazw marek ubrań i akcesoriów, które miały na sobie bohaterki - gdy czytałam o Guccim, Armanim itd itp (nie sposób wymienić tych wszystkich nazw) to ogarniała mnie totalna pustka. Jak mam wyobrazić sobie, jak wygląda sukienka tylko po wszytej metce? Słowo "birkinka" pojawiało się kilkukrotnie, a ja, jako zwykły człowiek, zjadacz chleba powszedniego, nie mam pojęcia co to jest Hermes, model Birkin, bo i co mi po tym? Bohaterowie prześcigają się w znajdywaniu luksusowych lokali, sal gimnastycznych, ośrodków odnowy biologiczej czy nawet świeczek zapachowych. Coż za snobizm, cóż za szyk. To wszystko jest tak płytkie, że momentami mam ochotę uderzyć głową o ścianę, a na usta cisną się słowa: nie zniosę tego dłużej.

Kolejnym mankamentem jest sama historia, a raczej uczucie rodzące się pomiędzy bohaterami. Kobieta, matka dwójki dzieci, posiadaczka dobrego męża, zakochuje się, jak nastolatka w mężczyźnie, gdyż żyje w przekonaniu, iż musi sobie coś wynagrodzić. Teraz pytam, co? Nie pojmuję tej nabrzmiałej desperacji, z jaką Angelica zakochuje się w obcym mężczyźnie, zaledwie po wymianie kilku maili i smsów. Montefiore stworzyła płytkich bohaterów, nieprawdopodnie naiwną historię, którą ratują jedynie ciekawe cytaty umieszczone na wstępie kolejnych rozdziałów, ot choćby:
Jeśli chcesz trafnie przewidzieć przyszłość, wymyśl ją. *

Nie chcę skazywać na banicję Pani Montefiore, gdyż nigdy tego nie robię, po przeczytaniu tylko jednej powieści danego autora. Jestem pełna wiary, że w jej umyśle zrodziły się lepsze historie, niż "Smak szczęścia". W tym wypadku liczyłam na lekką, pocieszającą i ciepłą lekturę, która odciągnie mój umysł od niebezpiecznej przepaści przygnębienia, a tak naprawdę kopnęła mnie w tyłek i krzyknęła: leć.

* s. 317

Ocena: 1 / 6


Książka przeczytana w ramach wyzwania  "Z literą w tle" (w tym miesiącu "M").

13 października 2012

"Karzeł Mendla" Simon Mawer (#42)


TYTUŁ: Karzeł Mendla
TYTUŁ ORYGINAŁU: Mendel's dwarf
AUTOR: Simon Mawer
WYDAWNICTWO: Świat Książki
MIEJSCE I DATA WYDANIA: Warszawa 2007

LICZBA STRON: 320

Karzeł, arogancki i kpiący, nieprzeciętnie inteligentny, doktor Lambert we własnej osobie.

Lambert postanawia udowodnić światu, że jest wart więcej, niż mierzy wzrostu. Mężczyzna cierpi na karłowatość, a za cel życiowy ustanawia sobie odnalezienie genu odpowiedzialnego za jego stan. Podczas jednej z wizyt w bibliotece poznaje Jean, z którą wdaje się w romans. Miłość w tym wypadku nosi piętno choroby, kobieta nie potrafi odnaleźć się w roli oficjalnej partnerki Lamberta (ach, zapomniałam, ma męża, odchodzi od niego i wraca), przede wszystkim ze względu na jego chorobę. Romans utajony z wielu powodów, dobiega końca na porodówce...

W tle historia Mendla i niekończące się pytania, czym jest geniusz.

Brak samoakceptacji, kpina i szyderstwo z którymi spotyka się główny bohater, skłaniają do refleksji nad samym sobą. Lambert pożarł mózg niejednego człowieka, a mimo wszystko, każdy traktował go jak mutanta, półgłupka, inwalidę, nikt nie patrzył na niego poważnie. Środowisko akademickie okazało się jedynym, w którym mężczyzna został doceniony. Mawer nie odkrywa nic nowego - ukazuje, że tylko nasze życie wewnętrzne pozwala wypłynąć nam na powierzchnię. Nie liczy się nasz wygląd (czyżby?), a to, co wydobywa się z naszych ust, nasz pomarszczony umysł, spiritus movens wszystkiego. Innym problemem jest makiaweliczny charakter głównego bohatera, który nie cofnie się przed niczym, aby osiągnąć zamierzony cel. Lambert jest bardzo ciężkostrawny, jego niepohamowany popęd seksualny zakrawa na obsesję, a widok kobiecych kolan, wywołuje natychmiastową reakcję prącia. Chęć osiągnięcia sukcesu, opętała go niczym demon.

Przechodząc do kwestii genetyki - jestem laikiem w tych sprawach i ubolewam, że temat został podany w takiej formie. Miałam wrażenie, że czytam podręcznik do biologii (w książce znajdziemy kilkanaście diagramów), informacji było zbyt wiele, przez co dostałam migreny. Lubię poznawać nowe rzeczy, miałam nadzieję na przystępnie podaną wiedzę, tymczasem dostałam czysto akademickie sformułowania (łacińskie nazwy jeszcze ogarniałam), których nie spodziewałam się znaleźć w książce beletrystycznej. Doszło do tego, że kilka fragmentów musiałam ominąć, czego nigdy nie robię podczas czytania powieści. Podziwiam Mawera za to, że dokładnie odrobił pracę domową, ale dobry pisarz powinien unikać wykładania na ławę efektów swoich badań. Dobry pisarz to ktoś taki, kto potrafi najbardziej skomplikowane teorie naukowe wpleść w powieść tak, żeby czytelnik nie musiał sięgać po encyklopedię.

Ocena: 1 / 6


Książka przeczytana w ramach wyzwania  "Z literą w tle" (w tym miesiącu "M").
  

11 października 2012

"Dziś wolałabym siebie nie spotkać" Herta Müller (#41)



TYTUŁ: Dziś wolałabym siebie nie spotkać
TYTUŁ ORYGINAŁU: Heute war ich mir lieber nicht begegnet
AUTOR: Herta Müller
WYDAWNICTWO: Czarne
MIEJSCE I DATA WYDANIA: Wołowiec 2009

LICZBA STRON: 199

Müller jest przebiegła, wciąga czytelnika w trudną historię, okalając pięknym językiem (poezją wręcz) duchotę dnia codziennego, oblepiając tramwaje kwiatami, ułaskawiając wybryki niegrzecznych dzieci, wyostrzając uśpione zmysły. Język, jakim posługuje się noblistka to literackie mistrzostwo, kres czytelniczych poszukiwań, a mimo wszystko coś rozdrapuje umysł, przez co nie jestem w stanie unieść Muller pod niebiosa, coś każe mi trzymać ręce przy sobie.

Historia rozpoczyna się słowami: "Zostałam wezwana. Czwartek, punkt dziesiąta." * Ale gdzie i po co? Kobieta musi stawić się na przesłuchaniu w budynku Departamentu Bezpieczeństwa Państwowego (inna nazwa to: Securitate), gdyż pozwoliła sobie na chwilę słabości, która uczyniła z niej wroga politycznego komunistycznej Rumunii. Będąc pracownicą zakładu szwalniczego, wpadła na pomysł, aby w kieszeniach spodni, które miały zostać wysłane do Włoch, zaszyć swoje dane - w ten oto sposób chciała zdobyć męża, który pomógłby jej wydostać się z kraju. Ktoś znalazł jej kartki, a szef - odrzucony kochanek, wykorzystał sytuację, aby zwolnić ją i pogrążyć w oczach państwa. Kobieta podczas podróży tramwajem wraca do przeszłości, rozpamiętuje swoje byłe małżeństwo, śmierć przyjaciółki, nieudane romanse, rodzinne problemy, a również zastanawia się nad swoim aktualnym związkiem i przyszłością w kraju, w którym każdy podejrzewany jest o szpiegostwo.


Müller snuje opowieść, które posiada wszelkie znamiona autobiografii. Autorka urodziła się w Rumunii, a niemieckie korzenie przysporzyły jej wielu kłopotów z Securitate. Liczne trudności, które napotkała w związku z wyjazdem do RFN (tutaj historia z kartkami wszytymi w kieszenie nabiera symbolicznego znaczenia), zakorzeniły się w niej w postaci niechcianych wspomnień.

Spotkałam się z opinią, że proza
Müller jest podobna do twórczości Jelinek - moim zdaniem to bzdura. Jelinek wypluwa słowa, które czasami nie mają ze sobą żadnego związku, nie uznaje dialogów pomiędzy bohaterami, snuje rozważania, jakby ogarnięta narkotycznym rauszem. Müller można czytać, wręcz trzeba czytać, jest się w stanie żyć razem z historią. Mimo bogatego (czasami wręcz jątrzącego się barwami) języka, który brzmi niczym poezja, jest w tym wszystkim logika, każdy skrawek przydatny do osiągnięcia harmonii. Podczas gdy Jelinek była mi kulą u nogi, Muller jest jedynie cienkim sznurkiem kajdanek.

To nie jest kolejna, nijaka historia - to mocna, czasami wstrząsająca literatura, która pobudza i otwiera  nowe horyzonty. 

* s. 5 


Ocena: 5 / 6


Książka przeczytana w ramach wyzwania  "Z literą w tle" (w tym miesiącu "M").
 

10 października 2012

"Malowany welon" W. Somerset Maugham (#40)


TYTUŁ: Malowany welon
TYTUŁ ORYGINAŁU: The painted veil
AUTOR: W. Somerset Maugham
WYDAWNICTWO: Świat Książki
MIEJSCE I DATA WYDANIA: Warszawa 2007

LICZBA STRON: 287

Niesamowita sceneria chińskiej prowincji, gdzie na tle choroby rozgrywają się ludzkie dramaty. Cholera pozbawia życia sieroty, żołnierzy, siostry zakonne, nie liczy się z nikim i z niczym, a mimo to Walter wystawia siebie i swoją żonę Kitty na śmiertelne niebezpieczeństwo. Mężczyzna, niczym ufne dziecko, brnie w ramiona śmierci, trzymając za rękę swoją żonę.

Kitty to młoda panna, której matka nie szczędziła rozrywek. Jej powierzchowne piękno wabi potencjalnych kandydatów do zamążpójścia, ale zdesperowana rodzina, której zależy na podniesieniu pozycji społecznej, skutecznie odstrasza dobre partie. Gdy w życiu dziewczyny pojawia się młody bakteriolog, a z jego ust wydobywa się wyznanie miłości, Kitty postanawia dać mu szansę. Mężczyzna daleki jest od ideału,  jego ponure usposobienie i mało atrakcyjny wygląd nie są w stanie rozpalić młodej kobiety, ale unoszące się w powietrzu słowo "staropanieństwo", wygania muchy z nosa.  Małżonkowie wyruszają do Chin, gdzie mężczyzna podejmuje się badań naukowych. Zblazowana kobieta szybko znajduje rozrywkę i nawiązuje romans z Townsendem, przystojnym (żonatym!) kandydatem na gubernatora. Przepełniona namiętnością, przekupiona prezentami oraz słodkimi słówkami, traci czujność i  zostaje zdemaskowana przez męża. Kara jest okrutna: kobieta musi odbyć podróż z mężem do Mei-tan-fu, gdzie szaleje epidemia cholery. Walter, jako lekarz medycyny pragnie pomóc w tamtejszym klasztorze, a Kitty dostaje szansę na stopienie lodu, który otacza jej serce.

Maugham w cudowny sposób ukazuje mnogość ludzkich charakterów. Kitty jest próżna, beztroska, pełna życia. Walter sprawia wrażenie wiecznie przygnębionego, ułożonego intelektualisty. Matka Kitty to przebiegła matrona, która nie cofnie się przed niczym, aby poprawić swoją pozycję społeczną. Townsend jest ambitnym urzędnikiem, obojętnym na uczucia innych, olśniewającym wabidamkiem. 

Powieść napisana jest przystępnym językiem, przez co czas spędzony na lekturze płynie błyskawicznie. Podobał mi się obraz XX-wiecznego społeczeństwa, który nakreślił Maugham, a przemiana, jakiej uległa Kitty napawa mnie nadzieją, że każdy jest zdolny do skruchy. Ponadto ogromnym plusem był obraz Chin, który odmalował się przed moimi oczami w trakcie czytania: barwne kimona, skromne izby, kaligrafie zawieszone na ścianach, herbata podawana w czarkach i widmo tao, krążące nad wszystkim. Brakowało mi rozwinięcia wątku miłości Kitty i Waltera, miałam nadzieję na coś więcej, a otrzymałam li namiastkę rodzącego się szacunku i sympatii.

Zakończenie pozostawiło ogromny niesmak, ale z drugiej strony tak musiało być:

Upadek jest podstawą powodzenia, powodzenie - stopniem prowadzącym do upadku; któż przewidzieć zdoła, kiedy punkt zwrotny nastąpi? Człowiek zły stać się może jak małe dziecię, łagodność przynosi zwycięstwo napadającemu i ubezpiecza napadniętego. Silny jest ten, kto umie przezwyciężyć samego siebie. *

* s. 230

Ocena: 3 / 6
 


Książka przeczytana w ramach wyzwania "Literatura w Azji, Azja w literaturze" oraz "Z literą w tle" (w tym miesiącu "M").

9 października 2012

STOSIK (#9) - czyli zdobycze książkowe


Wczorajszy wypad do biblioteki, minął mi pod hasłem: LITERA M. Błąkałam się pomiędzy regałami w poszukiwaniu autorów na ową literę, aby stawić czoła "Wyzwaniu z literą". Znalazłam Simona Mawera, który znany jest mi z powieści "Przestrzeń za szkłem" (recenzja tutaj) i wiedząc (mniej więcej) co mnie czeka, dałam mu szansę. Czytając recenzję Piotra Kofty, która ukazała się na stronie dziennik.pl: "Karzeł Mendla" okazuje się ostatecznie niemal moralitetem. Takim, na jaki stać nasz świat - gorzkim, ironicznym do bólu, nie oferującym łatwych odpowiedzi i jednoznacznych sądów, mam nadzieję na pyszną literaturę.

Sięgnęłam po Hertę Muller, w ramach moich poszukiwań związanych z literacką nagrodą Nobla - mam ostatnio słabość do kobiet, które otrzymały to wyróżnienie (Lessing, Jelinek), jednak nie zawsze jestem zachwycona (proza Lessing przypadła mi do gustu, Jelinek pozostawię bez komentarza). Mam nadzieję, że tym razem nie zawiodę się, gdyż książka zapowiada się ciekawie. 

Pomyślałam: "Mam już dwie książki do mojego ulubionego wyzwania, może teraz coś do Book-Trotter, coś włoskiego?" Szukałam, nic nie znalazłam, moja biblioteka miejska posiada dwie półki literatury włoskiej, gdzie nic (absolutnie przysięgam) nie wzbudziło mojego zainteresowania. W domu leży kilka książek włoskich autorów, ale wszystkie już przeczytałam. Będę się martwić potem. Sięgnęłam po kolejną powieść Axelsson, która zawładnęła moim sercem w poprzednim miesiącu, za sprawą "Lód i woda, woda i lód" (recenzja tutaj). Na koniec jeszcze Hari Kunzru, którego również poznałam niedawno, za sprawą "Impresjonisty"  (recenzja tutaj). Będzie dobrze :)


Ach, nie mamy nawet połowy miesiąca, a ja utopiłam wszystkie fundusze w książkach (stos, który pokażę na koniec października to świetny dowód w sądzie, w sprawie o ubezwłasnowolnienie), co daje mi tyle samo szczęścia, co smutku. Przestałam panować nad czytaniem i kupowaniem książek, zostałam wciągnięta w wir liter i słów. Gdyby celuloza miała smak, to czułabym go na języku, bez przerwy.

8 października 2012

"Zapach cedru" Anne-Marie MacDonald (#39)


TYTUŁ: Zapach cedru
TYTUŁ ORYGINAŁU: Fall on your knees
AUTOR: Anne-Marie MacDonald
WYDAWNICTWO: Świat Książki / Libros
MIEJSCE I DATA WYDANIA: Warszawa 2001

LICZBA STRON: 558

Niepokojąca historia o trudnym dzieciństwie, skomplikowanych związkach międzyludzkich, próbach odnalezienia własnej osobowości, bratku tolerancji, ziejąca chłodem znad morza, innym razem rozgrzewająca smakiem piwa imbirowego. Namacalna i prawdziwa, niesamowita opowieść o pogmatwanej miłości, gdzie zza pleców ukochanej osoby wychyla się bukiet róż, podczas gdy druga dłoń dzierży bagnet, gotowy do użycia w każdej chwili.

Jakub Piper poznał Materię podczas strojenia pianina w jej rodzinnym domu. Dziewczyna niespełna trzynastoletnia, uwiodła mężczyznę swoją niewinnością oraz delikatnością, co skłoniło Jakuba do złożenia jej propozycji matrymonialnej. Rodzina Materii wyparła się córki, gdy ta uciekła z dużo starszym od siebie mężczyzną i zamieszkała z nim, już jako żona. Materia sama była dzieckiem, gdy urodziła Katarzynę, która od pierwszego krzyku zawładnęła całym sercem Jakuba. Mężczyzna postanowił nauczyć dziewczynkę śpiewać i grać na pianinie, ustawił ją na piedestale pod którym składał jej liczne podarunki, obdarzył ją przywilejami, których nie posiadała ani żona, ani kolejne jego córki. W miasteczku budowano kopalnie węgla i przybywało domów, świat zmieniał się, aż Katarzyna osiągnęła odpowiedni wiek i została wysłana do Nowego Jorku, gdzie miała kontynuować naukę pod okiem profesjonalnego nauczyciela. Wyjazd ów skończył się tragicznie, a jego konsekwencje odczuło wiele osób, ale najbardziej dotknięte zostały siostry Katarzyny: Mercedes i Franciszka, którym brutalnie odebrano dzieciństwo.

Jest to powieść wielowątkowa, nie sposób tutaj poruszyć jej najważniejszych aspektów, nie potrafię tego zrobić. Czytałam i miałam wrażenie, że związano moje ręce sznurem i przeciągnięto przez ciemne kopalnie węgla, wrzucono do morza, gdzie we włosy zaplątały się wodorosty, wywleczono do lasu, gdzie chropowata kora drzew podrapała skórę, zabrano do jazzowego klubu, gdzie w powietrzu unosił się dym papierosowy zmieszany z wonią potu, aż w końcu wrzucono mnie do cedrowej skrzyni, gdzie moja głowa opadła obok ciała czarnego, martwego kota, ubranego w dziecięcą sukienkę. To historia niepowtarzalna, mroczna, wstrząsająca, wypełniona po brzegi melancholią, napisana porywającym językiem, poruszająca tak wiele ważnych spraw...

Ogromną zaletą książki, są fragmenty wierszy w przekładzie Pani Ludmiły Marjańskiej, które zostały zamieszczone  na wstępie kilkunastu rozdziałów :

Trzymam cię i nie wypuszczę
Bo mocna jest moja forteca,
Lecz głębiej cię w lochu osadzę,
W wieży mojego serca.
Tam cię zatrzymam na zawsze
I jeszcze na dzień, zanim loch
Nie zwali się pod murami,
Gdy runą i rozsypią się w proch. * 

Urywek poezji, autorstwa Roberta Louisa Stevensona, także w tłumaczeniu Marjańskiej:

...Tam muszę sam iść, całkiem sam,
Nikt mi nie powie, co robić mam,
Sam wzdłuż strumienia iść, czy znów
Wspinać się sam na górę snów... **

 

Nie przerażajcie się tą okładką - to barbarzyństwo, żeby podobną historię ilustrować obściskującą się parą, wyjętą rodem z kiepskiego romansu. Wydając "Zapach cedru" po raz pierwszy w Polsce, popełniono zbrodnię. Wydawnictwo strzeliło sobie w stopę. Tu nie chodzi o to, że mam coś przeciwko zakochanym, ale jak to się ma do opowiedzianej historii? Nijak. Warto jednak zwrócić uwagę, iż książkę w starej szacie graficznej można zakupić na Allegro za kilka złotych, podczas gdy odświeżona okładka pod patronatem Świata Książki to znacznie wyższy koszt. Polecam zajrzeć do Weltbild, gdzie najnowszą powieść Anne-Marie MacDonald "Co widziały wrony" można kupić w promocji za 14,90 w przecenie z  44,90 złotych.

* s. 134
** s. 263
OCENA6 / 6



                        Książka przeczytana w ramach wyzwania "Z literą w tle" ( w tym miesiącu "M").

7 października 2012

"Dziennik znaleziony w piekarniku" Marek Susdorf (#38)


TYTUŁ: Dziennik znaleziony w piekarniku
AUTOR: Marek Susdorf
WYDAWNICTWO: Novae Res
MIEJSCE I DATA WYDANIA: Kraków 2012

LICZBA STRON: 96

A kto chciał to dziecko, ja? Ten, czyli krzysiek-mój-półroczny-mąż, się zabezpieczał. Tak się zabezpieczał, że to ja mam teraz to dziecko, a on ogląda mundial.

W ten oto sposób prowadzone są zapiski młodej matki, Magdaleny, której macierzyństwo niekoniecznie przypadło do gustu. Kobieta przelewa swoje frustracje na papier (komputer nie działa, odcięli prąd) i próbuje oczyścić się ze złych emocji. Walczy z leniwym mężem, płaczącym dzieckiem i samą sobą, o przetrwanie, o byt. Nie ubiera prozaicznych sytuacji w piękne słowa, a świat ogarnia swoim krytycznym okiem i chętnie komentuje.

Kto nigdy nie karmił piersią, gówno o świecie wie (...) ** 

Być może. Zawsze uważałam, że gdyby mężczyźni rodzili dzieci, na świecie nie byłoby wojen. Moim zdaniem tylko osoba, która daje życie, zna jego wartość. Kobieta ma świadomość, jak ciężko przetrwać pierwsze miesiące ciąży, poród i  kolejne chwile poświęcone pielęgnacji i wychowaniu dziecka. Co mężczyzna może o tym wiedzieć? Zapewne niewiele, więc bum i łapie za pistolet, wsiada do czołgu, wyciąga zawleczkę z granatu, morduje, bo nie ma pojęcia, czym są ruchy dziecka w podbrzuszu, ból wywołany przez skurcze porodowe, pieczenie sutków od ciągłego karmienia piersią. Nikt, oprócz kobiety, nie ma pojęcia, jak ciężką pracą jest bycie matką i ile warte jest ludzkie życie.

W dzienniku znajdziemy ciekawe poglądy na temat religii (od razu uprzedzam, że Magdalena to zatwardziała ateistka, która zajadle broni się przed ochrzczeniem córki), będziemy towarzyszyć bohaterce podczas wieczorów spędzanych nad stosami rachunków, w trakcie rozmów z homoseksualnym przyjacielem mladim. Ta książka  otwiera oczy, uświadamia, że można mówić o macierzyństwie wszystko. Można być brutalnym, wulgarnym, prawdziwym. Gdy boli, można krzyczeć, gdy przeszkadza, można kopnąć. Trzeba być szczerym, chociażby ze sobą.

Ogromnym plusem jest szata graficzna książki, gdzie ilustracje Agnieszki Dmitruczuk doskonale obrazują przedstawioną historię - na okładce widnieje kobieta trzymająca dziecko w ramionach, niewiasta ucieka wzrokiem w bok, zaciska usta,  przez co sprawia wrażenie zmęczonej i rozgoryczonej, przy czym na twarzy niemowlęcia błądzi uśmiech. Kobieta już wie, czym jest życie, a dziecko tkwi nadal w błogiej nieświadomości.

* s. 10
** s. 21


OCENA: 3 / 6

 Za możliwość przeczytania książki, dziękuję autorowi. Zapraszam również na jego stronę FB ->TUTAJ <-

5 października 2012

"Skrzydła nad Delft" Aubrey Flegg (#37)


TYTUŁ: Skrzydła nad Delft
TYTUŁ ORYGINALNY: Wings over Delft
AUTOR: Aubrey Flegg
WYDAWNICTWO: Esprit
MIEJSCE I DATA WYDANIA: Kraków 2012

LICZBA STRON: 251

Ultramaryna. Farba tajemnicza. Dalekiej ojczyzny jej strzegły lute jednorożce, smoki skrzydlate, krwiożerce bazyliszki, dziwy, troglodyty o psich głowach, jednym rogu, jednej nodze, z oczyma na grzbiecie, potwory trujące wszystko swoim tchem zabójczym. *

W pracowni Mistrza Haitinka słychać chrzęst lapis lazuli, ucieranego w moździerzu. Każdy ruch musi być wyważony, aby nie zmielić kamienia na drobny mak. Mistrz jest nerwowy i wymagający, o czym szybko przekonuje się Louise, córka projektanta porcelany, która w pracowni wypełnionej po brzegi rekwizytami, spędza wiele popołudni pozując do portretu. Dziewczyna obserwuje krzątaninę Pietera, który niczym alchemik wydobywa z kamieni błyszczące barwy, prześlizgające się z pędzli prosto na płótno. Pomiędzy bogatą panną, a biednym pomocnikiem rodzi się uczucie, które przysporzy im wielu zmartwień. Louise jest obiektem westchnień zamożnego DeVriesa, który nie cofnie się przed niczym, aby złapać ją w swoje sidła. Dziewczyna musi wysoko unosić spódnicę, gdy własna niańka rzuca jej kłody pod nogi (starsza kobieta nie pochwala wyznania Pietera i jego niskiej pozycji społecznej). Miliony niedomówień i plotek ogłupiają Louise, która wiedziona strachem, podejmuje nierozważną decyzję.
 
Opowieść strojna, ale...nie wniosła nic odkrywczego. Wykłady z historii koloru czy technik sztuk plastycznych należy zaliczyć już na pierwszym semestrze studiów, dlatego też bez emocji śledziłam kolejne kroki pozyskiwania pigmentów, wyznaczania perspektywy, ustawiania modela, dobierania symbolicznych artefaktów, nad którymi toczone są zażarte dyskusje podczas spotkań w pracowni ikonografii. Nie chcę tutaj pysznić się nadto, każdy posiada inną wiedzę, ja akurat  znam się odrobinę na malarstwie, ciapkę na rzeźbie, ciut na architekturze i uważam, że Pan Flegg mógł wykrzesać z siebie odrobinę większy entuzjazm.
  Zazwyczaj jestem uległa i pozwalam się porwać każdej czytanej książce, ale tutaj nikt nawet nie miał zamiaru odrywać mnie od rzeczywistości. Spędziłam miłe chwile, szata graficzna pieściła oczy, a zakończenie poruszyło wargami i lekko je rozwarło, przez co powietrze wpadało prosto do gardła. Byłam w tym magia,  ale zdecydowanie lepiej odnalazłam się w czytanej kilka lat temu "Tulipanowej gorączce" D. Moggach, gdzie klimat wilgotnej Holandii było czuć poprzez kartki, dosłownie pachnących mieszanką kwiatów i ryb.

* T. Seweryn, Malarskie techniki monumentalne, Przemysł, rzemiosło, sztuka. R. 2, nr. 4, Kraków 1922, s. 1.

OCENA: 2 / 6

 Za możliwość przeczytania książki, dziękuję Marcie, autorce bloga JULIA ORZECH. 

4 października 2012

"Upalne lato Marianny" Katarzyna Zyskowska-Ignaciak (#36)


TYTUŁ: Upalne lato Marianny
AUTOR: Katarzyna Zyskowska-Ignaciak
WYDAWNICTWO: MG
MIEJSCE I DATA WYDANIA: Kraków 2012

LICZBA STRON: 255

Lato zbliża się ku końcowi, a ja z książką w dłoniach, która ma wszystkie atrybuty czerwca, lipca, sierpnia...ciepło słońca, szum rzeki,  szelest trawy, pomruki błyskawic, bzyczenie owadów, słodko-kwaśny smak lemoniady...słodki smak wiśni, kwaśny smak potu osadzającego się nad górną wargą, wszystko. 

Marianna i jej ostatnie lato przed pójściem na studia, upalne z wielu powodów - atmosferycznych i duchowych. Dziewczyna przechadza się po Warszawie w dniu, w którym odczytała swoje nazwisko na liście przyszłych studentów prawa. Z jej ramion ześlizguje się sweter, który podnosi przystojny mężczyzna o błękitnych oczach. Zygmunt okazuje się być gościem księdza w rodzinnej wsi Marianny. Dziewczyna niesiona namiętnością postanawia zdobyć jego ciało i duszę. Ignoruje ostrzeżenia rodziny i przyjaciół, a fakt, że Zygmunt jest doktorantem prawa i będzie jej wykładowcą, nie studzi jej zapału. Pożądanie wypiera zdrowy rozsądek, a lato dodaje odwagi .

Z jednej strony Marianna to kobieta temperamentna, o silnych poglądach feministycznych, a z drugiej osoba nieodpowiedzialna, lekceważąca informacje o nadchodzącej wojnie, tkwiąca w zaślepieniu, próżna trzpiotka. Dziewczyna jest przykładem stereotypowej młodej panny z dobrego domu, o szlachetnej urodzie i świetlanych planach na przyszłość, korzystającej z życia, wykorzystującej dobroć rodziny, nie zważającej na problemy innych. Myślę, że autorka starannie przygotowała sobie płótno, aby namalować zmiany, jakie zajdą w Mariannie po wybuchu wojny. Spodziewam się po kolejnych tomach, że bohaterka dojrzeje i poskromi swój buńczuczny charakter, okaże odrobinę zainteresowania sprawami, na które dotąd nie zwracała uwagi. 

Powieść jest przesiąknięta klimatem polskiej wsi, gdzie latem dłonie pracują na polu, palce wydobywają pestki z wiśni, zrywają miękkie maliny, zaplatają sznury hamaków wokół gałęzi drzewa. Kolejnym plusem jest sposób, w jaki zostały opisane uczucia rodzące się pomiędzy bohaterami - gorączkowe szukanie swoich spojrzeń, dłoni, ust. Nie zważając na chimery Marianny, dostajemy pyszny kawałek ciasta z rabarbarem, gdzie słodycz i kwaskowatość składają się na smak młodości. 


OCENA: 4 / 6

 Za możliwość przeczytania książki, dziękuję Marcie, autorce bloga JULIA ORZECH.