31 grudnia 2012

Życzę Wam...

 
Kochani!
 
Życzę Wam dużo uśmiechu, ciepła, lekkości, wewnętrznego blasku, a przede wszystkim książek, czytelniczych wzruszeń i niesamowitych przygód.
 
W Nowym Roku 2013, w którym wszystko można zacznąć od nowa, życzę Wam szczęścia, nadziei i wszystkiego, czego tylko pragniecie.

30 grudnia 2012

"Muzeum porzuconych sekretów" Oksana Zabużko (#80)



TYTUŁ: Muzeum porzuconych sekretów
TYTUŁ ORYGINALNY:
AUTOR: Oksana Zabużko
WYDAWNICTWO: W.A.B.
MIEJSCE I DATA WYDANIA: Warszawa 2012

LICZBA STRON: 702

Daryna jest dziennikarką, która prowadzi wywiady w ukraińskiej telewizji. Do tej pory sama wybierała sobie bohaterów i kierowała swoją karierą. Wszystko zmienia się wraz z nadejściem nowego właściciela, który postanawia obsadzić ją w roli prowadzącej program dla nastolatków, prosząc nawet o zmianę fryzury na bardziej nowoczesną. Daryna jest zakochana w Adrianie, antykwariuszu męczonemu przez dziwne sny, w których wciela się w oficera UPA, walczącego o niepodległość Ukrainy w latach 50-tych XX wieku. Po śmierci przyjaciółki Włady, Daryna postanawia rozliczyć się ze swoją przeszłością i stworzyć lepszą przyszłość. Adrian stoi u boku ukochanej, a w nocy ukrywa się w leśnych kryjówkach, wstrzymując oddech na dźwięk szczekania psów.

Początkowy zachwyt - cóż za proza, cóż za klasa, powaga i moc - całkowicie mnie oślepił i utrzymał w stanie zdumienia przez kilkaset stron. Potem popadłam w nastrój zadumy, potem nadeszła nuda i konsternacja. Wkroczyła polityka, ciężka i gorzka historia, walka pomiędzy władzą, a pospólstwem, młodość przeciwko pieniądzom. Don Kichot i walka z wiatrakami, żółć rozlana na kartach powieści, jest według mnie osobistym poglądem autorki na aktualną sytuację w jej państwie. Ostro i krytycznie podchodzi do demonów niszczących Ukrainę, wytyka handel kobietami, demaskuje uniżone media, wciska w ręce broń i popycha do walki.
Zabużko jest skomplikowaną pisarką, a ta powieść przeznaczona jest dla konoserów słowa pisanego. Brak dialogów, obszerne opisy małoistotnych wydarzeń (i tych ważnych), wątpliwości targające bohaterami, wciąż wracające wspomnienia...To wszystko niesie dużo emocji, ale miałam czasami wrażenie, że niektóre aspekty zostały poruszone bez sensu, żeby tylko zapełnić papier. Z pewnością jest to inne spojrzenie na historię Ukrainy, z perspektywy młodych i walecznych, przeszłość ma wpływ na teraźniejszość, człowiek zastanawia się, kim są jego sąsiedzi i jak wiele przeżyli. Mimo wszystko za dużo tutaj poglądów politycznych, pretensji do całego świata, oskarżeń i szamotaniny, która do niczego nie prowadzi. To rozliczenie się z przeszłością, które (być może) miało na celu otworzyć oczy czytelnikowi - moje zamykały się częściej, niż rozszerzały, Zabużko bardziej zagmatwała, niż rozjaśniła.
Największą zaletą tej książki jest bogactwo metafor, określeń, które można byłoby wypisać na ścianach i cytować przy wznoszeniu toastu. Jest trochę miłości, dużo przyjaźni, niesprawiedliwości i czystych intencji. To epopeja, najeżona bohaterami, miejscami, refleksjami, a wszystko o Ukrainie, o ludziach, którzy o nią walczyli lub próbowali ją zgładzić. Spodziewałam się większych fajerwerków, byłam przekonana, że warto wydać 59 złotych i zostawić powieść dla potomnych, którzy mogliby razem ze mną prowadzić ożywione dyskusje na jej temat. Na szczęście znalazłam ją w bibliotece i na próbę przygarnęłam, na próbę przeczytałam i próby nie przeszła. Pomimo wielu zalet, na usta ciśnie się jedno słowo - nuda.

OCENA: 3 / 6

29 grudnia 2012

"Tymczasowa" Małgorzata Hayles (#79)


TYTUŁ: Tymczasowa
AUTOR: Małgorzata Hayles
WYDAWNICTWO: Replika
MIEJSCE I DATA WYDANIA: Zakrzewo 2012

LICZBA STRON: 288

Marta od dawna przeczuwa, że jej mąż nie jest z nią do końca szczery. Mężczyzna zamyka się we własnym świecie, głupio uśmiecha do się do ekranu laptopa, ukrywa telefon komórkowy, wyjeżdża w delegacje, z których wraca wypoczęty i opalony. Pewnego dnia małżonkowie rozprawiają się z zaistniałą sytuacją. On odchodzi do kochanki, ona pozostaje z dwójką dorastających dzieci, kotem przybłędą i domem, w którym unosi się zapach jego perfum i swąd benzyny, z jego samochodu. Na pomoc przyjeżdża siostra Dagmara z Johnem, przedstawiciele nowojorskiej bohemy, ekscentryczni i wielobarwni. Nadchodzi czas, w którym Marta musi poradzić sobie z całym światem, jest tymczasowa, już po czymś i jeszcze przed.
Ogólnie rzecz ujmując to wynurzenia opuszczonej kobiety, która wspomina, co i dlaczego zrobiła dla swojej rodziny, jak wiele poświęciła dla męża i co czeka ją w przyszłości. W międzyczasie rozwiązuje konflikt z matką i skupia się na odbudowaniu relacji z siostrą i dziećmi. Gdzieś tam w tle migocze były mąż i jego Panna, uwaga, z brzuchem wypełnionym owocem ich romansu. To dobra historia, ciekawie napisana, z cennymi dla mnie anegdotami dotyczącymi chociażby twórczości Kundery czy naszej rodzimej Janko. Muszę przyznać, że autorka ma doskonałe wyczucie smaku, jej porównania czytałam z przyjemnością i odnajdywałam w nich siebie.
Nie obyło się bez zgrzytów. Główna bohaterka, Marta, to kobieta, która poświęciła wszystko dla rodziny, stając się anonimową osobą, bez ambicji i własnego zdania. Jej naiwność jest porażająca. Na co ona liczyła? Czy naprawdę są takie kobiety, które nie mają pasji, dostosowują się do mężczyzny i dzieci, nie potrafią tupnąć nogą i snują się po domu w poszukiwaniu najmniejszego pyłku kurzu? To ludzie, czy duchy? Jeśli istnieją takie kobiety, to nie dziwię się, że mężczyźni wychodzą poza bezpieczny teren i wyruszają na polowanie, w poszukiwaniu kobiet z większym temperamentem. Nie chcę obrazić żadnej niewiasty, która kocha swoją rodzinę i robi dla niej wszystko, ale nie sądzę, że to dobry pomysł, wyłączyć własne myśli, uczucia i oddawać całą swoją energię innym. Żyć bez własnych marzeń i pragnień.

Ostatnio mam pecha i nie mogę odnaleźć się w czytanych książkach. Brakuje mi mocnego uderzenia, kilku wstrząsających słów (nie mam na myśli makabrycznych wizji, a raczej coś odświeżającego, poruszającego, wchodzącego do umysłu, jak nóż w kostkę masła). Jestem zmęczona, koniec roku kosztuje mnie wiele wysiłku, a świat literatury nie pomaga w pogodzeniu się z niektórymi sprawami. Męczę się nad Muzeum porzuconych sekretów. Wspaniała opowieść, ale bardzo ciężkostrawna, pozbawiona dialogów, gruba klinga wypełniona przemyśleniami, bardzo wymagająca lektura. Żałuję, że Tymczasowa nie zrobiła na mnie lepszego wrażenia. Nie poleciłabym tej książki osobie tuż po rozstaniu, gdyż nie napawa optymizmem, nie niesie nadziei, utrzymana jest w surowym klimacie oczekiwania. Czas ten wypełniony jest bolesnymi wspomnieniami, przeglądaniem się w lustrze w poszukiwaniu oznak starości i walką z dniem codziennym. Mimo wszystko doceniam mądrość autorki i jej błyskotliwe sformułowania, którymi ostatecznie podbiła moje serce.

Ocena: 3 / 6  

26 grudnia 2012

"Jeżynowa zima" Sarah Jio (#78)


TYTUŁ: Jeżynowa zima
TYTUŁ ORYGINAŁU: The blackberry winter
AUTOR: Sarah Jio
WYDAWNICTWO: Znak
MIEJSCE I DATA WYDANIA: Kraków 2012

LICZBA STRON: 349
Jest maj, budzisz się i kierujesz się w stronę okna, żeby wpuścić odrobinę promieni słonecznych, których tak bardzo potrzebujesz po kilkugodzinnym śnie. Powoli odgarniasz zasłony. Za oknem jest jaśniej, niż zwykle. Musi minąć jeszcze kilka sekund, zanim zrozumiesz, co widzisz przed sobą. Śnieg...Wszystko pokryte jest grubą warstwą białego puchu. Samochody, domy, chodniki i ulice, nic nie widać, a ty otwierasz usta ze zdumienia. Dzisiaj chciałaś pobiegać, wstąpić na kawę do pobliskiej kafejki, kupić tulipany do wazonu w jadalni. Za oknem śnieg, jest maj.
Claire jest dziennikarką, kobietą po przejściach, żoną, prawie matką, która straciła dziecko w ósmym miesiącu ciąży. Pewnego majowego ranka budzi się w świecie zasypanym śniegiem, co meteorolodzy nazywają jeżynową zimą. Krzaki z białymi kwiatami zostają pokryte zimnym puchem, zjawisko wyjątkowe i bardzo rzadkie. Ostatnio taki dzień miał miejsce w 1933 roku, a Claire otrzymuje zlecenie na artykuł dotyczący tamtego okresu. Natrafia na ślad zaginionego chłopca, a sprawa wydaje się być jeszcze ciekawsza, gdy Claire wspomina własną stratę. Jej prywatne śledztwo zmierza ku zaskającemu finałowi, w którym musi zmierzyć się z przeszłością własnej rodziny.
Jio stworzyła opowieść o stracie dziecka - poprzez porwanie i śmierć. Historia została przedstawiona z perspektywy współczesnej Claire i Very, która żyła na początku XX wieku. W obu przypadkach mamy do czynienia z ogromną rozpaczą matki, która została pozbawiona najważniejszej osoby w życiu. Temat ciężki, ale nie poczułam współczucia. Nie potrafiłam odnaleźć się w kręgu rozpaczy obydwu bohaterek.
Język powieści jest prosty, na próżno doszukiwać się poetyckich opisów, głębszych refleksji i rezolutnych dialogów. Akcja toczy się szybko i niesamowicie wciąga, ale z biegiem czasu człowiek uświadamia sobie, że to powieść, jakich wiele, średnia historia ze wzruszającą fabułą. Nie jestem w stanie napisać, że Jio wykonała dobrą robotę, chociaż tematyka jest dla mnie interesująca. Wydaje mi się, że jest to kwestia doboru słów, których użyła autorka. Nie umiem docenić powieści, które nie zachwycają mnie wysmakowanymi porównaniami i emocjonalnymi opisami. Być może jestem zbyt wymagająca, ale nie mam wpływu na swoje odczucia.

Ocena: 2 / 6  

25 grudnia 2012

STOSIK (#14) - czyli zdobycze książkowe GRUDZIEŃ 2012



Kochani!

Już po odpakowywaniu prezentów! Przygotowania do Wigilii pochłonęły mnie całkowicie. Czytałam Jeżynową zimę, stojąc nad garnkiem kremu brokułowego (u mnie na Wigilii nie ma zbyt wiele tradycyjnych potraw, jemy to, co lubimy - risotto, sałatkę Cesar, krem brokułowy z grzankami czosnkowymi, zamiast karpia zajadamy się dorszem, sałatką z kalafiorem i jajkiem, ziemniakami z boczkiem w sosie musztardowym, a wszystko wieńczymy tiramisu i brownie z migdałami), trochę podczytywałam Muzeum porzuconych sekretów, ale to ciężka i wymagająca lektura, więc nie poczyniłam zbyt wielkich postępów.

Dzisiaj chciałabym podzielić się z Wami moimi zdobyczami książkowymi. Czekam na jeszcze kilka książek (kupionych na Allegro), ale nie jestem pewna, czy dotrą do końca roku. Oto moje perełki (zdjęcie zrobione na szybko, ustawiałam książki na regałach, w gorączce sprzątania po wczorajszej wieczerzy, w tle moje łoże w stylu art deco, kupione za bezcen na targu staroci, odnawiałam sama, więc nie przerażajcie się smugami lakieru ;)):


1. Powrót na oliwkową farmę, Carol Drinkwater (prezent, jestem przeszczęśliwa, moja farma jest w komplecie)
2. Oliwkowe drzewo, Carol Drinkwater (prezent)
3. Oliwkowy szlak, Carol Drinkwater (prezent)
4. Sezon na oliwki, Carol Drinkwater (prezent)
5. W krainie białych obłoków, Sarah Lark (prezent, akcja powieści toczy się w Nowej Zelandii, którą uwielbiam)
6. W plątaninie uczuć, Gabriel Gargaś (prezent, ogromne zakoskoczenie, Gargaś od dawna była na mojej liście do kupienia)
7. Kobieta w lustrze, Eric-Emmanuel Schmitt (prezent, edycja limitowana z audiobookiem, przepiękne wydanie w twardej oprawie)


8. Klara i półmrok, Jose Carlos Somoza (prezent, kolejne zaskoczenie, opowieść o żywych dziełach sztuki)
9. Lustra miasta, Elif Shafak (prezent, wspaniała pisarka, po przeczytaniu Pchlego pałacu, jej książki śniły mi się po nocach)
10. Czterdzieści zasad miłości, Elif Shafak (prezent)
11. Czarne mleko, Elif Shafak (prezent)
12. Bękart ze Stambułu, Elif Shafak (prezent)
13. Złodziejka książek, Markus Zusak (prezent, AAAA! twarda okładka, nie do zdobycia, Mikołaj musiał bić się o tę książkę na aukcji internetowej)
15. Posłaniec, Markus Zusak


16. Eve Green, Susan Fletcher (prezent od Magdalenardo)
17. O bibliotece, Umberto Eco (Allegro, 1 zł)
18. Chciałbym, żeby ktoś gdzieś na mnie czekał, Anna Gavalda (Allegro)
19. Matka Ryżu, Rani Manicka (Allegro, 5 zł)
20. Jednoroczna wdowa, John Irving (wymiana na lubimyczytac.pl)
21. Oczyszczenie, Sofi Oksanen (wymiana na lubimyczytac.pl)
22. Siedem pożarów mademoiselle, Esther Vilar (wymiana na lubimyczytac.pl)


Mam nadzieję, że Wy również dostaliście swoje wymarzone książki. Oglądacie, wąchacie, dotykacie i cieszycie się, jak dzieci, z buzią wypchaną kawałkiem ciasta. Życzę Wam spokojnych Świąt. Dużo uśmiechu, czułości, szczęścia.

22 grudnia 2012

Wyniki konkursu świątecznego! Uwaga, książki powędrują do...

Kochani, jestem padnięta. W tym roku Wigilia u mnie i latam po całym mieszkaniu, ogarniam, wycieram, układam. Jutro piekę i gotuję, ile się da, reszta w poniedziałek. W krzyżu mnie łamie, ale okna lśnią, podłogi błyszczą i wszędzie unosi się kwiatowo-chemiczny  zapach czystości. Dzisiaj nawet eksperymentowałam z przystrojeniem stroju, mam nadzieję, że będę mogła pokazać zdjęcie z Wigilii, to zobaczycie sami, czy mam zmysł estetyczny, czy nie. 

Dopiero teraz usiadłam wygodnie i jeszcze raz przeczytałam odpowiedzi na pytanie konkursowe. Niektóre z Was zachwyciły mnie opisami swoich drzewek. Poczułam atmosferę świąt, jak nigdy dotąd. Wybór był trudny, ale w końcu zdecydowałam się na drzewko najbardziej magiczne. Chciałabym takie zobaczyć. 

Książki i herbatkę wygrywa....
                                      
Uwaga!

Jesteście gotowi?

Na pewno?


Na pewno, na pewno, ale na sto procent?

W
y
g
r
y
w
a


Kochana, gratuluję! Poniżej pozwoliłam sobie przytoczyć wypowiedź Patki. Przekonajcie się sami, jak niesamowita wizja powstała w jej umyśle.

"Święta zawsze kojarzyły mi się z magią. Z czasem, kiedy wszystko może się zdarzyć, kiedy mogą się spełnić nawet te najgłębiej skryte, najmniej realne marzenia. Dlatego kiedy zamykam powieki a otwieram oczy wyobraźni, widzę wśród wirujących białych płatków śniegu najcudowniejszą choinkę jaką można sobie wyobrazić, lecz zarazem wydającą się pochodzić z zupełnie innego wymiaru. To co najbardziej rzuca się w oczy to jej rozmiar. Jest tak ogromna, że ledwie obejmuję ją wzrokiem. Muszę unieść wysoko głowę by spojrzeć na wieńczącą ją gwiazdę, której blask przyprawia mnie o zawrót głowy. Wokół masywnego pnia drzewa wznoszą się spiralne schodki wyglądające niczym droga do nieba. Gdy idę po nich, trzymając się blisko oszronionego pnia, zauważam, że delikatne igiełki choinki są zrobione z pięknego błyszczącego niebieskiego szkła. Wśród gałązek znajdują się okrągłe szklane lampiony w różnych odcieniach błękitu a w nich płoną najprawdziwsze kule ognia, których płomyki szkło barwi niebiańskim kolorem. Idąc w górę mam wrażenie, że spaceruję po nocnym niebie a gwiazdy wokół mnie wirują niemal tańczą w takt cichego pobrzękiwania szklanych dzwoneczków. I choć dopiero odkrywam tą dziwną galaktykę czuję się w niej jakby była moja własna. Gdy w końcu jestem na szczycie nie wierzę własnym oczom. Znajduję się w samym sercu gwiazdy wieńczącej to magiczne drzewko. Lecz jego światło nie razi mnie, wręcz przeciwnie, mam wrażenie, że wydobywa się spod mojej skóry. Pod moimi stopami piętrzą się paczuszki z prezentami. Cóż za niespodzianka, świat stanął do góry nogami, skoro paczki zamiast pod choinką znalazły się na jej szczycie. Lecz największą niespodzianką jest widok rozpościerający się przede mną. Mam wrażenie, że znalazłam się na szczycie świata. Widzę stąd wszystko. Wszystkie drogie mi miejsca. I wiem, że gwiazda, której w tej chwili jestem częścią , jest dla wszystkich na dole niczym latarnia morska dla marynarzy. Pomaga ratować nie wierzące w magię świąt, zagubione ludzkie dusze.
Ach… Szkoda, ze takie drzewko istnieje jedynie w mojej wyobraźni…"


21 grudnia 2012

"Czyste, nieczyste" Sidonie-Gabrielle Colette (#77)


TYTUŁ: Czyste, nieczyste
TYTUŁ ORYGINAŁU: Le Pur et l'Impur
AUTOR: Sidonie-Gabrielle Colette
WYDAWNICTWO: W.A.B.
MIEJSCE I DATA WYDANIA: Warszawa 2009

LICZBA STRON: 167

Lata 20. i 30. XX wieku to epoka niespokojna, przesycona atmosferą przewrotów społecznych i politycznych.  Pierwsza wojna światowa nie tylko zmieniła układ państw w Europie, ale przyniosła przede wszystkim zmiany w ludzkich umysłach. W tej sytuacji wiele zyskały kobiety, a fenomen emancypacji objął nie tylko zmiany w garderobie czy palenie papierosów. Kobiety zyskały prawo wyborcze, podejmowały pracę zawodową, osiągały sukcesy w dziedzinie nauki, interesowały się sportami i prowadziły automobile. Coraz częściej słychać było żądania, aby kobiety wróciły do domu, a niektóre państwa, jak Francja i Belgia wprowadziły kasy wyrównawcze dodatków rodzinnych, tak aby mężczyźni mogli zapewnić byt całej rodzinie.

Niezależność finansowa sprawiła, że kobiety przestały kryć się ze swoimi skłonnościami seksualnymi i otwarcie mówiły o miłości, także pomiędzy sobą. W 1904 roku Bernard S. Talemy w jednym ze swoich esejów określił kobietę homoseksualną, jako naśladowczynię mężczyzny, która uprawia sporty, nosi proste stroje, jest odważna i pewna siebie. O tym pisze Colette, ale jakże nieporadnie, jakby z nosem przy ziemi nie miała siły udźwignąć głowy i spojrzeć nieco z innej perspektywy, niż czworonogi wyprowadzone na spacer.

Jest nudno, sztampowo, a przecież to nie musiało tak wyglądać. Co z tego, że powieść powstała w 1941 roku? Przecież już na początku XX wieku można zaobserwować znaczące zmiany w funkcjonowaniu społeczeństwa. W latach 20-tych XX wieku, młodzi chcieli się bawić, aby zapomnieć o niedawnej wojnie. Symbolem tego czasu obok jazzu, charlestona i pędzącego automobilu stała się wyzwolona, nowoczesna kobieta w krótkich włosach a la garçonne i wygodnym, luźnym stroju nie krępującym ruchów. Colette mogła pozwolić sobie na większą swobodę i napisać dzieło rewolucyjne, tymczasem ważny temat odzwierciedlający nowe tendencje, potraktowano po macoszemu, ledwie zarysowując najważniejsze aspekty miłości homoseksualnej. Palarnie opium, kolacje przy świecach, świat wszelkiej maści artystów, pisarzy i filozofów, to wszystko mogłoby olśniewać, nieść zapach epoki, zapach papierosowego dymu, ciężkich perfum, a tymczasem Colette snuje swoje dziwne rozważania, przytaczając rozmowy z przyjaciółmi. Totalnie nieklimatycznie.

Czyste, nieczyste to powieść nudna, po prostu. Dzisiaj nie widzę w niej nic, co mogłabym wykorzystywać w swoim życiu. Nie wierzę, że w przeszłości mogła uchodzić za kontrowersyjną. W epoce, w której urządzało się przyjęcia tylko dla kobiet, podczas których nawiązywały nowe znajomości na tle seksualnym? Nonsens. W błędzie jest ten, kto sądzi, że 100 lat temu nie biegano w skąpych strojach (ot choćby tancerki Diagilewa), nie upijano się do nieprzytomności i nie wskakiwano do obcych łóżek w poszukiwaniu chwilowej przyjemności. Wystarczy poczytać, ale niekoniecznie dzieło Colette, można zasnąć.

Ocena: 1 / 6   

 
 
Książka przeczytana w ramach wyzwania  "Z literą w tle" (w tym miesiącu "C/Ć").

20 grudnia 2012

PRZYPOMNIENIE - Konkurs świąteczny

Kochani! Jeszcze tylko do jutra można wysyłać odpowiedzi na pytanie konkursowe, w którym do wygrania są dwie książki i pyszna herbata!

 
WEŹ UDZIAŁ W KONKURSIE I WYGRAJ NAGRODY!

19 grudnia 2012

"Ta, którą nigdy nie byłam" Majgull Axelsson (#76)


TYTUŁ: Ta, którą nigdy nie byłam
TYTUŁ ORYGINAŁU: Den jag aldrig var
AUTOR: Majgull Axelsson
WYDAWNICTWO: W.A.B.
MIEJSCE I DATA WYDANIA: Warszawa 2008

LICZBA STRON: 445

MaryMarie nie jest jedną osobą, jest dwoma umysłami uwięzionymi w jednym ciele, w którym toczą ze sobą odwieczną wojną o dominację, o decydującym ruchu ręki. Na łóżku szpitalnym leży Sverker, mąż, zdrajca, sparaliżowany po niefortunnej przygodzie z nieletnią prostytutką, kiedy jego ciało przefrunęło przez ramę otwartego okna. Sverker, mężczyzna, którego kochała MaryMarie, zamykała oczy i serce na widok kolejnych dowodów świadczących o zdradzie. Marie postanawia odłączyć męża od respiratora, trafia do więzienia. Mary pozostaje u jego boku i zamyka się w świecie wiecznego milczenia.
 
MaryMarie minister zajmująca się problemem handlu ludźmi, a tutaj taka afera, mąż przyłapany z zagłodzoną Rosjanką zmuszaną do nierządu. Mąż, partner, który zapłodnił ją wiele razy, ale jej ciało odrzucało te niefrasobliwe zalążki istnienia, wypluwało razem z krwią, jakby znało przyszłość, w której nie było miejsca na ciche gaworzenie. Mąż, który chciał kochać wszystkich, romantyk, który szastał nasieniem, niczym okruchami chleba rzucanym głodnym ptakom. W tym wszystkim MaryMarie, wierna do końca, ale po wypadku wewnętrznie złamana na pół, Mary i Marie to już nie całość, ale odrębne byty. Ja, czytelnik, żyję teraz na przemian, czasami z Marie, która wychodzi z więzienia i szuka swojego miejsca na świecie, czasami z Mary, która ucieka od sparaliżowanego Sverkera.
 
To również historia przyjaźni, która nawiązuje się pomiędzy kilkoma osobami jeszcze w latach licealnych. Każdy z bohaterów jest inny, a mimo wszystko zakochują się w sobie na zabój i przyjaźnią przez wiele lat. Poza tym przenosimy się w przeszłość, do dzieciństwa MaryMarie i widzimy zachwianą emocjonalnie matkę i chłodnego, jak sopel lodu ojca. Rodzina niczym z filmu noir, która była głównym powodem chaotycznych poszukiwań miłości ze strony MaryMarie. Sverker był tym wesołym i szczęśliwym, który niczym książę z bajki wyciągnął ją z ciemnego lasu i zamknął w swoich ciepłych ramionach. Jednak życie to nie bajka, a książę nie jest kryształowy. Okazuje się tak samo lepki, mroczny i niepokojący, jak wszyscy, którzy wtargnęli w życie MaryMarie.
 
To chyba najbardziej chaotyczna powieść Axelsson, jaką do tej pory czytałam. Totalny obłęd. Ciągle zmieniająca się narracja, czas Przed, czas Po, Mary, Marie...Zawrót głowy gwarantowany, szaleństwo w najlepszym wydaniu. Przejmująca historia, poplątanie z pomieszaniem, wiele pytań i ważnych odpowiedzi.

Ocena: 4 / 6 

18 grudnia 2012

"Kuzynka Nora" Anne Rivers Siddons (#75)


TYTUŁ: Kuzynka Nora
TYTUŁ ORYGINAŁU: Nora, Nora
AUTOR: Anne Rivers Siddons
WYDAWNICTWO: Libros
MIEJSCE I DATA WYDANIA: Warszawa 2001

LICZBA STRON: 271

Peyton wkracza w okres dojrzewania, przez co zostaje zmuszona do spędzania czasu ze swoją sztywną ciotką Augustą. Ojcie Peyton to samotny mężczyzna, niemogący pogodzić się ze śmiercią żony i starszego syna, zamknięty w swoim świecie, rozmawiający z córką tylko o błahostkach. Wszyscy mieszkają w Lytton, niewielkim miasteczku na południu Stanów Zjednoczonych, gdzie nadal wykorzystuje się czarnoskórych, jako najtańszą siłę roboczą. Wszystko zmienia się wraz z przybyciem kuzynki Nory, która pali papierosy na potęgę, nie nosi bielizny oraz jeździ różowym samochodem.

Ważnym problemem do rozważenia jest zjawisko rasizmu. Napięta sytuacja, strajki siedzące, bojkot autobusów miejskich, to wszystko dzieje się gdzieś w tle, ale miałam wrażenie, że właśnie na to powinnam zwrócić swoją uwagę. Nora prowadziła zajęcia dodatkowe z literatury na których omawiała Zabić drozda czy Przygody Hucka Finna, które nawiązywały do tematu nietolerancji i braku akceptacji wobec czarnoskórych. Poza tym ekstrawagancka kuzynka otwarcie krytykowała mieszkańców miasteczka, którzy zatrudniali służbę lub wykorzystywali ludzi tylko ze względu na kolor skóry. Lytton to niewielkie miasteczko, jakich wiele w Ameryce, duszne od nadmiaru plotek i wzajemnej zawiści. W 1961 roku jeszcze nie dotarła tutaj wizja wyzwolonego człowieka, a ludźmi rządziły przyzwyczajenia, których wszędobylska Nora nie potrafiła zaakceptować. 

Warto również zagłębić się w historię Peyton, która żyła w przeświadczeniu, że jej przyjście na świat spowodowało śmierć matki. W poczuciu winy została członkiem "Klubu Przegranych", a jej największą porażką było "zabicie własnej matki". Dopiero ktoś z zewnątrz, sprawił, że dziewczynka otworzyła oczy i zrozumiała prawdę, gorzką, ale zawsze lepszą niż kłamstwo. Poza tym obserwujemy przemiany, jakie następują Peyton, która dojrzewa, z dziecka przemienia się w kobietę, czemu towarzyszy strach i poczucie wyobcowania. Ojciec zamknięty w gabinecie i despotyczna ciotka nie ułatwiają tej transformacji. Przypomniałam sobie, jak ciężki to był okres w moim życiu, bunt i negatywne nastawienie do całego otoczenia, dziwne napady złości, tęsknota za niewinnością dzieciństwa. 

Siddons napisała z pozoru lekką powieść, o wielu ukrytych znaczeniach, które nabierają blasku dopiero po głębszej analizie. Patrząc prosto przed siebie nie dostrzeżemy nic specjalnego, ale jeśli ruszymy się z miejsca i zaczniemy rozglądać się wokół, wtedy wszystko stanie się jasne. Nie jestem w stanie paść na kolana przed autorką, książka jest dobra, ale nie sądzę, żebym pamiętała o niej za 10 lat. To tylko kolejna historia o poszukiwaniu szczęścia, trudnych relacjach rodzinnych i nietolerancji, z którą trzeba walczyć.

Ocena: 3 / 6

16 grudnia 2012

"Ja, Tituba, czarownica z Salem" Maryse Conde (#74)


TYTUŁ: Ja, Tituba, czarownica z Salem
TYTUŁ ORYGINAŁU: Moi, Tituba sorciere...Noire de Salem
AUTOR: Maryse Conde
WYDAWNICTWO: W.A.B.
MIEJSCE I DATA WYDANIA: Warszawa 2007

LICZBA STRON: 281

Tituba jest córką niewolnicy, poczętą nie z miłości, a w akcie przemocy. Dziewczyna trafia pod opiekę miejscowej znachorki, która przekazuje jej całą swoją wiedzę - o właściwościach leczniczych roślin, magicznych zaklęciach niesionych przez wiatr, kontaktach z zaświatami. Dorosła Tituba zakochuje się w niewolniku, który zostaje sprzedany pastorowi zmierzającemu do Salem. Tam wszystko się zmienia, a zdolności dziewczyny nie są mile widziane wśród zaściankowej społeczności.

Nie odnalazłam zbyt wiele ciekawostek dotyczących samego procesu posądzonych o czary, tylko kilka zdań z oryginalnego przesłuchania Tituby, które brzmiały, jakby wypowiadał je zaprogramowany robot: Nic nie wiem, jestem niewinna. Mam wrażenie, że autorka nie chciała zagłębiać się w mroczną przeszłość Salem. Tutaj było czuć klimat czegoś bardziej pierwotnego. W powietrzu unosiły się dusze zmarłych, krążyły pomiędzy wysokimi drzewami i niskimi krzakami. Ofiary ze zwierząt, magiczne zioła, rytuały, które miały leczyć lub niszczyć, to właśnie świat Tituby. Klimat niczym z szamańskiej chaty, ukrytej w oparach dymu, na samym krańcu egzotycznej wyspy. Tutaj warto wspomnieć o problemie niewolnictwa, o ciemnych twarzach wpatrzonych w niebo,  umysłach pogrążonych w marzeniach o wolności. Smutny obraz człowieka, który zostaje przedmiotem w rękach innych, bladolicych i zawistnych.

Tituba oprócz specyficznych zdolności - rozmawiania ze zmarłymi, wpływania na żywioły, leczenia chorych, posiadała niezaspokojony apetyt na miłość. Była uzależniona od męskiego ciała, jak od wdychanego powietrza, co przysporzyło jej wielu trosk i cierpienia. Nie rozumiałam jej ciągłego podniecenia i odnajdywania kochanka w każdym mężczyźnie, który obdarzył ją uwagą. Pomimo ogromnej siły wewnętrznej i mocy dokonywania rzeczy niemożliwych, Tituba była przede wszystkim kobietą, niepotrafiącą ustać bez wsparcia silnego ramienia. Autorka niejednokrotnie zadaje pytanie: Dlaczego nie możemy żyć bez mężczyzn? Miałam wrażenie, że pomimo fascynacji brzydką płcią, nie jest zadowolona z pierwotnego rytmu życia, w którym poruszają się kobieta i mężczyzna. Tituba spotyka we więzieniu Hester, która wygłasza feministyczne poglądy i przekonuje czarownicę do zastanowienia się nad własnym pożądaniem, które obezwładnia ją i paraliżuje.

Można byłoby zapytać, jaka jest rola kobiety w społeczeństwie. Dlaczego niewiasty oskarżane są o czary, nazywane czarownicami i posądzane o branie udziału w sabatach? Dlaczego jesteśmy nazywane kochankami Szatana, podczas gdy mężczyźni to waleczni synowie Boga? Oto z czym zmierzyła się Conde, swoją historią otworzyła mi oczy na wiele spraw, które do tej pory lekceważyłam. Czy warto uzależniać się od mężczyzny? Czy dobre chęci mogą spotkać się z niezrozumieniem? Jak walczyć z nietolerancją? Warto poczuć gorycz słów Tituby i cofnąć się w przeszłość, w poszukiwaniu wzorca prakobiecości.

Ocena: 4 / 6

 
 
Książka przeczytana w ramach wyzwania  "Z literą w tle" (w tym miesiącu "C/Ć").

15 grudnia 2012

"Mistrz bladych świętych" Marco Santagata (#73)


TYTUŁ: Mistrz bladych świętych
TYTUŁ ORYGINAŁU: Il maestro dei santi pallidi
AUTOR: Marco Santagata
WYDAWNICTWO: W.A.B.
MIEJSCE I DATA WYDANIA: Warszawa 2008

LICZBA STRON: 266

Cinin zakochany w kościelnych freskach, zapomina o pracy przy pilnowaniu krów, czym naraża się swojemu chlebodawcy. Chłopak ucieka i trafia na dwór Hrabiego, gdzie ulega czarowi pięknej Hrabiny. W niedługim czasie Cinin odkrywa w sobie zdolności plastyczne i zaczyna tworzyć niezliczone portrety Hrabiny - na murach, kamieniach i deskach. Pewnego dnia spotyka na swojej drodze Mistrza Gilberta, który przygarnia go do swojego domu, w którym unosi się zapach barwników, a podłoga pokryta jest kolorowymi plamami. Cinin uczy się malować świętych, a po kilku latach w jego życiu ponownie pojawia się Hrabina...Cała historia przedstawiona została z perspektywy głównego bohatera, który wspomina swoje życie, siedząc na drzewie z zamiarem popełnienia samobójstwa.

Bardzo zawiła historia. Spora dawka informacji, która w głowie stworzyła koktajl nienadający się do spożycia. Autor przesadził z danymi dotyczącymi dziejącej się akcji. Czułam się tak, jakbym przeglądała atlas, wszystkie miejsca były dokładnie opisane pod względem topografii, sąsiedztwa z innymi miastami czy ważniejszymi wypukłościami terenu. Czyli suche fakty, być może wartościowe dla osób, które z palcem na mapie śledzą poczynania bohaterów, dla mnie niepotrzebne i nużące. Kolejny mankament to rozległe opisy koneksji pomiędzy poszczególnymi rodami, hrabiami, wielkimi panami z jeszcze większymi ambicjami. Zawsze staram się skupiać na lekturze, wręcz czasami siadam z zatyczkami do uszu, odcinam się i wchodzę pomiędzy kartki książek niczym ufne dziecko w ramiona matki. Tym razem wpadłam w otchłań, w której chaotycznie krążyły półsłówka i całe zdania, wpadając na siebie i na mnie, czasami nic nie rozumiałam. Smutna to godzina, w której przestaję rozumieć czytaną powieść.

Cinin jako bohater ma swoje wady i zalety. Dlaczego siedzi na drzewie ze sznurem zawiązanym wokół szyi? Moim zdaniem zbyt mocno przejął się swoją porażką, a raczej brakiem akceptacji ze strony otaczających go tradycjonalistów. Gdybym za każdym razem, gdy ponoszę porażkę biegła na drzewo, żeby odebrać sobie życie, to umarłabym już w wieku 5 lat, gdy po wielu godzinach błagania, mama nie kupiła mi zabawki...Po cóż tyle emocji? Z drugiej strony z przyjemnością śledziłam jego ścieżkę życiową, rodzącą się miłość do sztuki, sukcesy osiągane na tym polu, wewnętrzną przemianę - z świniopasa do sławnego malarza. Świat sztuki w każdym wydaniu jest dla mnie interesujący, nic nie jest w stanie tego zmienić.

Santagata stworzył bardzo przeciętną książkę, średnią fabułę, która niczym mnie nie zaskoczyła. Bohaterzy bezbarwni, albo przejaskrawieni, główny bohater serwilistyczny, akcja flegmatyczna, a fe, cóż to ma być? Poza tym ostrzegam, Cinin miewał sny erotyczne - naga hrabina z pejczem w dłoni...Według mnie świetny temat uciekł z garści i utknął w dzikich odmętach czasoprzestrzeni, skąd tylko krok w stronę bagnistego terenu, w którym powinny znaleźć się wszystkie kiepskie powieści.

Ocena: 1 / 6

14 grudnia 2012

STOSIK (#13) - czyli zdobycze książkowe



Wczoraj obudziłam się z myślą, że najwyższy czas odwiedzić bibliotekę. Ja wiem, że w domu, na regałach czekają książki, których wciąż przybywa. Niczym głodne dzieci patrzą na mnie szklistymi oczami. Jednak w bibliotece oprócz spojrzeń męczą mnie również jęki, szczególnie książek, których nikt nie chce. Pobiegłam w ten śnieg, w ten mróz, z twarzą okrytą szalem, kapturem i włosami, wpadłam do biblioteki wnosząc ze sobą chłodne powietrze i rzuciłam się na książki. Oto co wybrałam.

Conde i Colette przygarnęłam w ramach wyzwania Z literą w tle, gdyż okazało się, że nie mam żadnej nieprzeczytanej książki autora na literę "C". Feministyczna proza Colette ciekawi mnie od dawna, a Tituba brzmi niezwykle egzotycznie, a poza tym to moja ulubiona "Seria z miotłą" (czy Salem nie wpisuje się idealnie w tę serię?).
Poza tym Axelsson, którą uwielbiam i przysięgłam sobie, że przeczytam każdą jej książkę. Ta kobieta, wie, jak pisać i co pisać, nigdy nie powinna przestawać. Na koniec, już przy wyjściu zerknęłam na regał z nowościami. Oczy wyszły mi z orbit, jak zobaczyłam nową Zabużko! Przecież ta książka śni mi się po nocach! Od dawna planowałam ją kupić, ale odstrasza mnie wysoka cena (59 złotych), a tutaj taka niespodzianka. Kocham moją bibliotekę!
Jak widać W.A.B. rządzi. Muszę przyznać, że to moje ulubione wydawnictwo, w kwestii jakości wydawanych pozycji nie mają sobie równych. Namawiam Was do odwiedzania bibliotek, jak widać, można tam znaleźć wiele perełek, które umilą Wam zimowe wieczory.

"Chciałbym, żeby ktoś gdzieś na mnie czekał" Anna Gavalda (#72)



TYTUŁ: Chciałbym, żeby ktoś gdzieś na mnie czekał
TYTUŁ ORYGINAŁU: Je voudrais que quelqu'un m'attende quelque part
AUTOR: Anna Gavalda
WYDAWNICTWO: Świat Książki
MIEJSCE I DATA WYDANIA: Warszawa 2003

LICZBA STRON: 175

Gavalda stworzyła 12 opowiadań o człowieku. O miłości, przyjaźni, stracie, niesprawiedliwości. Wszystkie historie są tak prawdziwe, że wręcz nieprawdopodobne. Gavalda jest niezwykłym obserwatorem, który skrupulatnie gromadzi obrazy w swojej głowie, a potem jakimś magicznym sposobem wypuszcza je za pomocą słów prosto w ramiona czytelnika. Można je przytulić, można je odepchnąć, ale uderzenie jest zawsze silne i nie sposób stać prosto. Nie podejmę się opisania wszystkich historii, ale wybiorę dla siebie dwa najciekawsze które najbardziej zaskoczyły mnie lub poruszyły. 

Najlepsze z nich Przez te wszystkie lata opowiada historię dwojga ludzi, którzy w przeszłości byli ze sobą związani, ale z wielu powodów nie mogli kontynuować tego związku. Teraz mają dzieci z innymi partnerami i prowadzą całkiem normalne życie. Ona dzwoni do niego pewnego dnia, co burzy porządek wszystkich rzeczy i rozdrapuje zabliźnioną ranę. Przez kable telefonicznie płynie jej przestraszony głos, a on nie spodziewał się wiadomości, jaką usłyszy po tylu latach. Niesamowicie sensualne opowiadanie, wręcz wyszeptane do ucha., z poruszającym zakończeniem. To opowieść, która zmusza do refleksji nad swoją pierwszą miłością, nad wyborami, jakie dokonujemy przez cały życie, nad nieuchronnością przypadków, niemożnością cofnięcia czasu.

Katgut to na pozór zwykła historia kobiety prowadzącej zakład weterynaryjny, która zajmuje się wiejskimi zwierzętami. Wszystko wygląda normalnie, nic nie zapowiada nieszczęścia. Pewnej nocy zostaje wezwana do ciężarnej krowy, ale na miejscu zastaje tylko trzech pijanych mężczyzn, którzy dokonują na niej gwałtu. Gdy zasypiają na stogu siana, zmożeni alkoholem i wysiłkiem fizycznym, kobieta przeprowadza zabieg, który pozbawia oprawców męskości. Jest spokojna i opanowana, pogodzona z losem i świadoma smaku zemsty, jaką dokonuje. Opowieść o instynktach, o brutalności męskiego ego, kruchości kobiecego ciała i wewnętrznej sile, która pomaga podnieść się nawet po upadku z najwyższego klifu.

Język, jakim posługuje się autorka jest bardzo charakterystyczny dla jej twórczości. Czasami jedno słowo określa całą sytuację, zmuszając czytelnika do główkowania. Siedzę, zastanawiam się, jak to jedno słowo jest w stanie zastąpić mi kilka stron treści, która wyjaśniłaby sprawę i pozwoliła odejść w spokoju. Im dłużej o tym myślę, tym bardziej upewniam się, że czasami wystarczy tylko gest, żeby odczytać całe morze innych znaków. To jakby palec pokazujący odpowiedni kierunek, naprowadzający oczy na konkretną rzecz, milczący i pozwalający na wysunięcie własnych wniosków. Ten oszczędny styl, niewymuszone milczenie, krótkie i jasne przebłyski pozwalające na zrozumienie problemu, to cała Gavalda, jej siła i moc.

Ocena: 4 / 6

13 grudnia 2012

"1Q84 tom 2" Haruki Murakami (#71)


TYTUŁ: 1Q84 tom 2
TYTUŁ ORYGINAŁU: 1Q84
AUTOR: Haruki Murakami
WYDAWNICTWO: Muza
MIEJSCE I DATA WYDANIA: Warszawa 2010

LICZBA STRON: 415 

KLIKNIJ TUTAJ aby przeczytać recenzję 1 tomu


Powoli, ale naprawdę bez pośpiechu, przekonuję się do świata 1Q84. Zauważyłam, że historia coraz bardziej mnie wciąga. Zaczęłam doceniać swobodę, z jaką napisana jest ta powieść, a także pokusiłam się na analizę wydarzeń, które wcześniej spisałam na straty i uznałam za bezwartościowe śmieci.

W tym tomie Aomame otrzymuje zadanie zamordowania przywódcy sekty Sakigake, co nie przychodzi jej z taką łatwością, jak poprzednie zlecenia. Kobieta zaczyna zastanawiać się nad słusznością swojego postępowania, nad ofiarą, która wydaje się być kimś ponadludzkim oraz nad swoim życiem, które po wykonaniu tej misji, już nie nigdy nie będzie takie samo. Tutaj pojawia się problem moralności. Wszystko wydawało się mieć cel, gdy Aomame zabijała zwyrodnialców, mężczyzn, którzy czerpali przyjemność z wyrządzania krzywd kobietom. W tej wyjątkowej sytuacji ofiara wytłumaczyła swoje postępowanie, które okazało się czynnością mimowolną, jednym z zadań, które nałożone zostało przez siły wyższe. Ponadto mężczyzna wręcz prosi Aomame, aby skróciła jego cierpienia, a swoje życie poświęciła dla Tengo. Jesteśmy w momencie, gdy główni bohaterowie dowiadują się, że są blisko siebie, nadal pamiętają o sobie, mało tego, łączy ich bardzo wiele - Little People, Powietrzna Poczwarka, Sakigake.
 
Drugi ważny aspekt to kontynuacja wątku ojca Tengo i jego relacji z synem. Tengo odwiedza ojca w specjalistycznym ośrodku, w którym przebywa ze względu na postępującą demencję. Mężczyzna postanawia pogodzić się z przeszłością i wygłasza monolog, w którym wyjaśnia ojcu swoje postępowanie. W głębi duszy wierzy, że starszy mężczyzna słyszy jego wyznanie, chociaż nic na to nie wskazuje - jest obok, ale jego myśli krążą gdzieś bardzo daleko. To wzruszający moment, kiedy Tengo uzewnętrznia się i przeżywa katharsis, a ponadto dociera do niego prawda o jego pochodzeniu...Rodzą się nowe wątki, nowe pytania i setki wątpliwości rozbiegające się jak rozsierdzone mrówki.
 
Z każdą stroną dowiadywałam się nowych rzeczy związanych z głównym wątkiem Little People. Murakami zamieścił fragment Powietrznej Poczwarki, dzięki czemu mogłam liznąć dzieła, o którym w książce bardzo głośno. Przyzwyczaiłam się do obecności dwóch księżyców, a nawet temat seksu, który w pierwszym tomie był poruszany niezliczoną ilość razy, już tak nie raził, nie oburzał. Na pewno sięgnę po tom trzeci, gdyż pozostało jeszcze wiele niewiadomych, które nie pozwalają mi zapomnieć o 1Q84. Czy wy byliście już w tym magicznym roku, gdzie wszystko może się zdarzyć?

Ocena: 4 / 6

11 grudnia 2012

"Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek" Marry Ann Shaffer i Anne Barrows (#70)



TYTUŁ: Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek
TYTUŁ ORYGINALNY: The Guernsey  Literary and Potato Peel Pie Society
AUTOR: Mary Ann Shaffer i Anne Barrows
WYDAWNICTWO: Świat Książki
MIEJSCE I DATA WYDANIA: Warszawa 2010

LICZBA STRON: 255

Juliet nawiązuje korespondencję z mieszkańcami wyspy Guernsey, okupowanej przez Niemców podczas II wojny światowej. Jest 1946 rok  i w ludziach nadal tkwią drzazgi niechcianych wspomnień, a Juliet niczym igła, delikatnie podważa skórę i oczyszcza zaognione miejsca. Kobieta przez przypadek zostaje członkiem stowarzyszenia o dziwnej nazwie i koresponduje z uczestnikami wieczornych spotkań poświęconych rozważaniom na temat literatury. Razem z nimi martwi się zniknięciem Elizabeth, która pozostawiła na wyspie córeczkę i próbuje dowiedzieć się, co stało się z tą uwielbianą przez wszystkich kobietą? Czy uwolniła się z obozu? Jakie zniszczenia wywołała okupacja i kto ucierpiał najbardziej? Czy Juliet odnajdzie swoje miejsce z dala od wygodnego Londynu?

Powieść w formie listów - coś, za czym nie przepadam, czego unikam. W tym wypadku nie wyobrażam sobie innej formy - każdy list odzwierciedlał osobowość nadawcy, każde zdanie odkrywało nowe tajemnice, inne spojrzenie na tą samą sytuację. Dzięki listom mogłam zajrzeć do wnętrza różnych osób - od prostych rybaków, po oczytanych wydawców, od gospodyń domowych, po autorki książek, a każdy zaskoczył mnie czymś innym. Bohaterowie magiczni, pełni ciepła, dobroduszni oraz zawistni i bezwzględni, istny kalejdoskop osobowości. Przepadam za wzruszającymi historiami, ale tutaj wręcz zostałam powalona na ziemię, jakby skoczył na mnie wielki pies i bez opamiętania zaczął lizać po twarzy. Chcę śmiać się, ale jednocześnie czuję wilgoć ziemi na plecach oraz liście zaplątujące się we włosy.

To jest urokliwa historia, a jednak pełno w niej łez i niepohamowanego szlochu. Skłamałabym, gdybym teraz stwierdziła, że to opowieść o miłości do książek. Ja widzę kilkanaście osób stojących na skraju plaży, a każdy z nich na twarzy wymalowane ma inne uczucia. Wojna, okupacja, obozy pracy, a wszyscy nadal trzymają się za ręce i w książkach poszukują szczęścia. Ja również to robię. Moja rzeczywistość jest znacznie bardziej różowa, ale cały czas chowam się za okładką i czasami tylko kilka nastroszonych włosów wystaje spoza stron. Najchętniej to schowałabym się w bibliotece i nigdy nie wychodziła na zewnątrz. Zagryzam wargi na myśl o stowarzyszeniu, gdzie mogłabym prowadzić dyskusje na temat książek, oblewam się czerwienią zazdrości, a potem uświadamiam sobie, że jestem tutaj i mam wokół siebie wiele osób, z którymi mogę polemizować.

Oprócz miłości do książek i licznych nawiązań do tego tematu, autorki poruszają problem okupacji wojennej, życia w obozach pracy, a poprzez licznych bohaterów próbują oddać atmosferę strachu i zgryzoty, która zapanowała wraz z nadejściem wrogich wojsk. Niektóre historie wycisnęły łzy z moich uczy, niczym silna dłoń ściskająca soczystą cytrynę. Inne zaś wywołały pomruki niezadowolenia, aż w końcu nastąpiły krótkotrwałe wybuchy śmiechu, który wynagrodził mi wszystkie poprzednie wzruszenia. Stowarzyszenie porównałabym do Smażonych zielonych pomidorów, ale tutaj jeszcze więcej afektów i powodów do zadumy. Niesamowita huśtawka nastrojów, niczym ciepłe i pulchne rączki dziecka zanurzone w chłodnym piachu, rozkosz i nostalgia.


Ocena: 5 / 6

10 grudnia 2012

"Złodzieje nieba" Peter Prange (#69)


TYTUŁ: Złodzieje nieba
TYTUŁ ORYGINALNY: Himmelsdiebe
AUTOR: Peter Prange
WYDAWNICTWO: Sonia Draga
MIEJSCE I DATA WYDANIA: Katowice 2012

LICZBA STRON: 496

Laura poznaje Harry'ego na jego londyńskiej wystawie. Od pierwszej chwili wiedzą, że są dla siebie stworzeni i postanawiają zaszyć się na francuskiej prowincji, gdzie nikt nie pyta o imię i nazwisko. Ich wspólne życie w rozpadającym się domu, jest pełne wzlotów i upadków, podróży do innych światów i malowania. Obydwoje pozwalają porwać się szaleństwu, aż do wybuchu II wojny światowej, która rozdmuchuje złocisty pył osadzający się na ich pędzlach. Laura popada w obłęd i trafia do szpitala psychiatrycznego, a Harry z powodu niemieckiego pochodzenia, zostaje zamknięty w obozie dla internowanych. Jak potoczą się ich losy, czy dostaną jeszcze jedną szansę i dokończą swoje wspólne dzieło Niebiański łup?
źródło
Autor czerpał inspirację ze związku Maxa Ernsta i Leonory Carrington - malarzy surrealistów.

Na uwagę zasługują opisy wizji, jakich doświadczała Laura - choroba psychiczna bohaterki została  ujęta w doskonały sposób. Przed oczami widziałam dziwne stworzenia, nimfy leśne i skrzaty, smoki, lewitujące stwory o niespotykanych kształtach. Warto obejrzeć obrazy Ernsta i Carrington, gdyż na nich widać wszystko, co mogłaby nawiedzać Laurę. Tajemnicze miejsca, mroczne zaułki, wydłużone postacie, wszędobylskie zwierzęta, brak jakiejkolwiek logiki. Nigdy nie przepadałam za malarstwem surrealistycznym, bo chociaż wydaje się być fascynujące i bajkowe, to jest również niezrozumiałe, trzeba zagłębiać się w analizę psychologiczną, aby dojść do jakichkolwiek wniosków. To malarstwo marzycieli, wariatów, jednostek nieakceptujących rzeczywistość, wiecznie śniących, często trwających w alkoholowym upojeniu lub narkotycznym transie. Tacy też byli bohaterowie książki Prange.

Związek Harry'ego i Laury był specyficzny i nie znam lepszego słowa, na określenie tego stanu rzeczy. Ona - panienka z dobrego domu, pozwoliła uwieść się dwukrotnie starszemu mężczyźnie w dziesięć minut i porzuciła wygody dotychczasowego życia dla artystycznej bohemy. Ogarniało mnie przerażenie, gdy czytałam ich dialogi, często bezsensowne stwierdzenia i niepoważne uwagi. Dorośli ludzie, a niedojrzali jak niemowlęta i mogłoby to być urocze, ale nie było. Proza Prange jest bardzo średnia, niewiele słów wywołało we mnie dreszcze lub chociażby szybsze bicie serca. Historia wspaniała, zasługująca na lepszą oprawę, na  innego narratora, według mnie niektóre wydarzenia zostały przedwcześnie sierotami, a inne zostały nadmiernie rozpieszczone. Czasami było nudnie i z westchnieniem odkładałam książkę, wędrując wzrokiem po ścianach pokoju lub wertując albumy z reprodukcjami, analizując kolejne dzieła surrealistów. Chciałam, żeby porwał mnie Dada lub Wietrzna Narzeczona, ale nic takiego się nie stało, odgrodzili się ode mnie patchworkiem z płócien i pozwolili tylko podsłuchiwać.

Dziwna była ta miłość, jak ich cudackie obrazy. Mroczna rzeczywistość, wojna, głód, strach, a obok artyści z rękami umazanymi farbami olejnymi, zaciskający pędzle, gotowi do walki. A może nie powinnam dziwić się temu wariactwu? Czy nie lepiej było zamknąć się we własnym świecie, niż podążać drogą usianą trupami? Historia o poszukiwaniu szczęścia, niebanalni bohaterowie, a wszystko w oparach magicznego ziela. Czyste szaleństwo o gorzkim smaku.

Ocena: 3 / 6

9 grudnia 2012

"Oliwkowa farma" Carol Drinkwater (#68)


TYTUŁ: Oliwkowa farma
TYTUŁ ORYGINALNY: The Olive Farm
AUTOR: Carol Drinkwater
WYDAWNICTWO: Literackie
MIEJSCE I DATA WYDANIA: Kraków 2010

LICZBA STRON: 465

Carol podejmuje niezwykle odważną decyzję - narusza życiowe oszczędności i kupuje starą posiadłość w pobliżu Cannes. Wokół gąszcze, mizerne drzewa oliwkowe, zapuszczony ogródek warzywny. Wokół domu biegają dziki, a w pokojach zadomowiły się gryzonie oraz niezidentyfikowane chmary robactwa. Zamki wyrwane są z drzwi, okna to już tylko spróchniałe ramy, a ogólnie panująca stęchlizna, odrzuca na samym wejściu.. Mimo tylu nieudogodnień kobieta decyduje się wraz z ukochanym na zamieszkanie w domu z widokiem na góry i morze z drugiej strony, gdzie czas wydaje się płynąć wolniej. Podejmuje się remontu, poznaje sąsiadów, zwiedza okolicę oraz ciężko pracuje, gra w teatrze i pisze scenariusze seriali telewizyjnych. 

Książka jest spełnieniem moich marzeń. Czułam się tak, jakbym stała na gorącej ziemi w pobliżu oliwkowej farmy, a włosy rozwiewał wiatr, niosąc zapach ziół i cytrusów. W oddali słychać było szczekanie kilku psów, radośnie biegających pomiędzy drzewami oraz plusk wody i krzyki dzieci kąpiących się w basenie. Do mojego nosa dotarł również zapach grillowanych warzyw, a przed oczami ukazał się drewniany stół, zastawiony lokalnymi przysmakami: chrupiącymi bagietkami posmarowanymi tapenadą i jagnięciną w rozmarynie. Autorka w doskonały sposób ukazała życie na francuskiej prowincji, opisując kulinaria i panujące obyczaje. Dowiedziałam się, jak wygląda tłoczenie oliwy, co Francuzi piją do obiadu, jak wygląda sezon na zbiory oliwek, co można zwiedzić w regionie Prowansji, a przede wszystkim poznałam cudowną Carol, która mimo wielu przeszkód, nie zrezygnowała ze swoich marzeń.

To pierwszy tom serii oliwkowej, w której Drinkwater opisuje swoje przeżycia związane z przeprowadzką do obcego kraju. Opowieść oparta  jest na faktach, ale autorka dla urozmaicenia fabuły, wplotła kilka nowych wątków, które podtrzymują płomień zainteresowania. Drinkwater posługuje się prostym językiem, ale w doskonały sposób opisuje emocje, jakie odczuwała podczas kolejnych etapów zadamawiania się w nowym miejscu. To opowieść o wielkiej miłości, do człowieka, do jedzenia, do życia. Smakowita i barwna, niezwykle wciągająca i wzruszająca, poszerzająca horyzonty i dająca nadzieję, że można mieć wszystko, wystarczy odrobina odwagi.

Lektura idealna na tę porę roku, ciepła, słodko-gorzka, aromatyczna. Czasami miałam wrażenie, że spomiędzy liter przebijają promienie słońca.

Ocena: 5 / 6

7 grudnia 2012

Prezent od kochanej blogerki - Magdalenardo


Moi Kochani!

Dzisiaj dostałam cudowną paczkę od Madzi - Magdalenardo. Madzia przeczytała w poście dotyczącym ostatnich zakupów książkowych, że poluję na Eve Green, autorstwa Susan Fletcher (mam już Ostrygojady i Alfabet snów) i wiecie co? Poprosiła mnie o adres i wysłała książkę. Ot tak, po prostu. Bo dla niej największą przyjemnością jest obdarowywanie innych. Nie mogę uwierzyć, że są tacy ludzie...

 W paczce, oprócz książki znalazłam bardzo wzruszający list, cudowną kartkę świąteczną i zakładkę (dzieła Madzi) oraz kilka smakołyków. Zakładka i kartka wywołały u mnie morze łez, wzruszyłam się ogromnie, bo to tyle pracy, tyle poświęcenia. Jestem zaskoczona i szczęśliwa jednocześnie.

Madziu, bardzo dziękuję Ci za ten gest, nie zasłużyłam sobie na takie traktowanie. Cieszę się, że dzięki blogowaniu mogę poznać tak cudowne osoby, jak Ty. :)

"Tylko dla dziewcząt" Magdalena Samozwaniec (#67)


TYTUŁ: Tylko dla dziewcząt
AUTOR: Magdalena Samozwaniec
WYDAWNICTWO: W.A.B.
MIEJSCE I DATA WYDANIA: Warszawa 2012

CZAS TRWANIA AUDIOBOOKA: 330 min
CZYTA: Anna Szawiel

Tylko dla dziewcząt? Absolutnie nie! Każdy, chociażby dla poprawienia humoru, powinien zapoznać się ze zbiorem opowiadań Samozwaniec. Autorka w kilkunastu historiach zawiera wszelkie niuanse dotyczące dojrzewania, związków małżeńskich, relacji pomiędzy rodzicami a dzieckiem, a wszystko to z przymrużeniem oka. W zbiorze odnajdziemy opowiadania dotyczące świadomego wyboru ścieżki życiowej, a przede wszystkim znalezienia męża. Bohaterkami są młode dziewczęta, często studentki, stojące na progu dorosłości, rozpaczliwie poszukujące siły do zrobienia pierwszego kroku. Wiele ciekawych dialogów (chociaż czasami zbyt wydumanych) pobudza odbiorcę do spojrzenia na świat z innej perspektywy. 

Przeszkadzała mi archaiczność niektórych wydarzeń - uwielbiam powieści historyczne, w których mogę cofnąć się w czasie, bez budowania specjalnej maszyny. Natomiast nie przepadam za latami powojennymi, prywatkami, proszonymi obiadkami, ogólną szarzyzną i udawaniem, że można żyć w świecie z ograniczonymi wyborami. Nie twierdzę, że teraz jest lepiej, ale jakieś dziwne przerażenie ogarnia mnie na myśl, że miałabym żyć w latach 70-tych. Pomimo wielu ponadczasowych myśli, były również takie, które dzisiaj można skwitować uniesieniem brwi, to nie do końca moja bajka. Poza tym Samozwaniec lubi moralizować, a nawet otwarcie dawać rady, typu: Młoda kandydatka na żonę powinna bliżej poznać chłopaka, nim zdecyduje się na małżeństwo. Przez to miałam wrażenie, że słucham poradnika w zawoalowanej  formie, a wolałabym sama dochodzić do niektórych wniosków. Poza tym tytuł sugeruje, że książka przeznaczona jest dla przedstawicielek płci pięknej, a ciągle słyszałam słowo : mąż, mężczyzna, narzeczony - czy tylko wokół tego kręci się życie młodej kobiety?

Głos pani Szawiel jest jednym z przyjemniejszych, jakie do tej pory słyszałam. Lektorka czyta w odpowiednim tempie i sprawia, że nawet średni humor wywołuje salwę śmiechu. Mimo wszystko były momenty, kiedy czułam się zagubiona. Samozwaniec napisała kilka satyrycznych opowiadań, pełnych dialogów, dziwnych zabiegów literackich, obcego słownictwa, listów itd itp, jest bogato, wręcz barokowo. To nie nadaje się do słuchania. To można czytać, rozkoszując się kolejnymi zdaniami, ale słuchać i nie zwariować - ja nie wiem, jak to zrobić. Tak naprawdę to mam ochotę sięgnąć po Tylko dla dziewcząt w wersji papierowej, żeby oczyścić umysł od wielu niedomówień, ale czy to ma jakikolwiek sens?

OCENA: 2  / 6

Na tę chwilę nie jestem w stanie podjąć się słuchania kolejnego audiobooka. Gdzieś ulotniła się cała magia związana z czytaniem. Słuchanie czyjegoś głosu nie jest w stanie zaspokoić mnie całkowicie, to zaledwie namiastka tego, co doświadczam z książką w ręku. Serdecznie dziękuję Audeo za propozycję współpracy, ale nie odnalazłam się w świecie dźwięku, nadal tkwię w mackach słowa pisanego i dobrze mi z tym :)

  Za możliwość odsłuchania audiobooka, dziękuję Ewie, reprezentującej portal Audeo.

6 grudnia 2012

"Doula" Bridget Boland (#66)


TYTUŁ: Doula
TYTUŁ ORYGINALNY: The Doula
AUTOR: Bridget Boland
WYDAWNICTWO: Prószyński i S-ka
MIEJSCE I DATA WYDANIA: Warszawa 2012

LICZBA STRON: 520

Carolyn to doula, "niewolnica", pomoc emocjonalna, który trzyma kobietę za rękę podczas porodu. Ten zawód wybrała sobie z wielu powodów, przede wszystkim, aby zapomnieć o śmierci. Jako córka właścicieli domu pogrzebowego, za wszelką ceną pragnęła wyprzeć ze świadomości ponure myśli dotyczące odchodzenia. Ponadto śmierć młodszego brata i poronienie matki, którego była świadkiem, wywołały chęć uczestnictwa w cudzym szczęściu i pomagania noworodkom. Wszystko obtoczone jest w cukrze pudrze i nic nie zapowiada kolejnej tragedii, której świadkiem ma być Carolyn...

Cała książka utrzymana jest w specyficznym klimacie, miałam wręcz wrażenie, że autorka jest niezwykle uduchowioną osobą. Mamy tutaj wiele odniesień do obrzędów indiańskich, buddyzmu, działania księżyca w różnych fazach, a także informacje dotyczące uprawiania jogi czy kontroli oddechu. Oczywiście w książce traktującej o macierzyństwie, nie mogło obyć się bez opisu porodu. Momentami miałam wrażenie, jakbym stała gdzieś z boku i uczestniczyła w tym wydarzeniu. Relacja głównej bohaterki brzmiała bardzo realistycznie, ale bez drastycznych odniesień do kobiecej fizjonomii. Dowiedziałam się kilku ciekawych rzeczy związanych z ciążą i samym porodem.  Przede wszystkim jest to apel do kobiet, aby zastanowiły się nad własnym ciałem i rozważyły poród naturalny, dzięki któremu będą mogły mocniej przeżyć pierwsze spotkanie z własnym dzieckiem.

Jest to również pytanie, jak mocno zmieniło się postrzeganie ciężarnej kobiety we współczesnym świecie. Jak doszło do tego, że wykonuje się cesarskie cięcia na żądanie i naciąga skórę brzucha, aby zamaskować przebytą ciążę? Czemu mimo nabrzmiałych od mleka piersi, kobiety decydują się karmić butelką? Warto również zastanowić się nad potrzebą rodzenia w szpitalu. Z jednej strony jest to na pewno bezpieczny sposób, gdyż mamy do dyspozycji profesjonalny sprzęt i opiekę lekarską, a z drugiej strony...Czy nie lepiej przywitać dziecko w przyjemniejszej scenerii? W cieple własnego domu, gdzie wszystko wokół napawa spokojem?
Na koniec chciałabym jeszcze wspomnieć o wewnętrznych rozterkach, które rozdzierały serce Carolyn. Tragiczne wydarzenia z dzieciństwa, odrzucenie przez matkę i obojętność ojca miały ogromny wpływ na dorosłe życie głównej bohaterki. Nie rozumiem, jak można obarczać odpowiedzialnością dwunastoletnie dziecko i oczekiwać od niego jakichkolwiek aktów odwagi? Matka Cary wywołuje poronienie i prosi córkę o "wiaderko na dziecko", przy czym leży zalana krwią w wannie i wygląda jakby postradała zmysły. Potem oskarżenie o niedopilnowanie brata i odpowiedzialność za resztę rodzeństwa, podczas gdy rodzice "radzili sobie" z życiem po śmierci syna. Potem wszyscy dziwią się, że Carolyn jest zamknięta w sobie, nieufna i aspołeczna. A ja pytam: czy wyście powariowali?

Przejmująca historia, pełna smutku i skłaniająca do refleksji. Przede wszystkim dla kobiet. Dla mnie, abym mogła zastanowić się nad gotowością do macierzyństwa. Nad słodyczą gaworzenia i słonym smakiem niemowlęcych łez.

Ocena: 5 / 6

5 grudnia 2012

KONKURS ŚWIĄTECZNY u Karkam


Moi Drodzy!

Najwyższy czas, abym zabawiła się w Świętego Mikołaja. Oczywiście nie będę zadawać standardowego pytania Czy byliście grzeczni, bo mam nadzieję, że tak i nie chcę czytać nic innego :) Ostatnio zakupiłam podwójne egzemplarze książek i postanowiłam podzielić się z Wami drugim kompletem. W ramach konkursu jedna osoba będzie mogła wygrać:

1. Primavera - Mary Jane Beaufrand
2. Uśmiech Lisy - Donna Jo Napoli
3. Herbata Five o'clock - Rooibos Ciasteczkowy (kompozycja czerwonokrzewu, wanilii, goździków i owoców wiśni)
Książki są nowe, specjalnie zakupione na tę okazję. Herbata również została pieczołowicie przeze mnie wybrana - ten smak najbardziej kojarzy mi się ze Świętami, jest lekki, a jednocześnie niezwykle słodki i aromatyczny.


ZADANIE KONKURSOWE

W kilku słowach opisz wygląd swojego wymarzonego
 drzewka świątecznego.


REGULAMIN KONKURSU

1. Organizatorem konkursu i fundatorem nagrody jestem ja, Karkam. 
2. Aby wziąć udział w konkursie należy zamieścić pod tym postem odpowiedź i pozostawić swój adres e-mail. 
3. Aby wziąć udział w konkursie, trzeba być Obserwatorem bloga www.czytopolis.blogspot.com 
4. W konkursie mogą wziąć udział tylko osoby pełnoletnie.
5. Nie wysyłam nagród za granicę.
6. Termin nadsyłania odpowiedzi to 21.12.2012, 23:59.
7. Wyniki konkursu ogłoszę 22.12.2012.
8. Po kontakcie ze zwycięzcą (powiadomię Cię mailem), czekam 7 dni na odpowiedź z danymi do wysyłki nagród, w innym wypadku zostanie wybrana inna osoba.
  BANNER KONKURSU


TERMIN NADSYŁANIA ODPOWIEDZI
 
 21.12.2012 (23:59)

Liczę na Waszą kreatywność :)