30 stycznia 2013

"Klara i półmrok" Jose Carlos Somoza (#94)


TYTUŁ: Klara i półmrok
TYTUŁ ORYGINAŁU: Clara y la penumbra
AUTOR: Jose Carlos Somoza
WYDAWNICTWO: Muza
MIEJSCE I DATA WYDANIA: Warszawa 2009
LICZBA STRON: 590 

W 2006 roku panuje moda na sztukę hiperdramatyczną, gdzie dziełem sztuki jest ludzka postać pokryta farbą i odpowiednio upozowana. Dzieło można kupić i ustawić w salonie. Człowiek staje się płótnem, które nie mówi, nie czuje, w godzinach pracy jest traktowane, jak przedmiot. Pewnego dnia zostaje znalezione martwe ciało jednego z najważniejszych dzieł sztuki, a po jakimś czasie zostają zabite kolejne. Morderca wybiera dzieła z kolekcji największego hiperdramatysty Bruno Van Tyscha. Klara to młoda kobieta, która zostaje zatrudniona przez Van Tyscha do pracy nad jego nową wystawą poświęconą Rembrandtowi - na podstawie jej doświadczeń możemy prześledzić proces powstania żywego obrazu, od zagruntowania po wernisaż.

Sztuka po II wojnie światowej uległa degradacji, artyści stracili wiarę w człowieka, w samych siebie. Nie można było tworzyć dzieł radosnych, podczas gdy na policzkach jeszcze nie obeschły łzy, płótno przestało być wystarczającym przekaźnikiem i zaczęto używać ciała. Powstało wiele nowych ruchów artystycznych, wystawiano performance i happeningi, gdzie ciało człowieka było dziełem samym w sobie, często nieruchomo tkwiące w zaplanowanej przestrzeni. Chciałabym tutaj wspomnieć o kontrowersyjnym akcjonizmie wiedeńskim (do poczytania TUTAJ), który musiałam omawiać na jednym z egzaminów ze sztuki współczesnej - samo mówienie o tym sprawiało mi przykrość. Człowiek został potraktowany, jak przedmiot, niechciany i brzydki, nadający się tylko do zdeptania i wrzucenia do pieca na śmieci. Książka Somozy nie jest dla mnie niczym kontrowersyjnym i nowym, bo to wszystko dzieje się tu i teraz, artyści zatracili się w destrukcyjnym działaniu, upodlając ludzki gatunek. Wierzę, że to kwestia czasu, żeby na witrynach sklepowych pojawiali się ludzie, pełniący rolę przedmiotów domowych.

Oprócz silnych konotacji ze współczesną sztuką, moim zdaniem został tutaj również poruszony problem handlu ludźmi i pornografii. Portale internetowe oferujące pikantne filmy dla dorosłych, tak naprawdę obdzierają człowieka z cienkiej błony przyzwoitości. Jeśli myślimy, że niewolnictwo zostało zniesione w XIX wieku, to jesteśmy w błędzie. Do dzisiaj kwitnie czarny rynek, na którym możemy kupić sobie dziecko lub kochankę, za pieniądze możemy mieć wszystko. Nadal istnieją ludzie, dla których liczy się tylko szelest banknotów i kieliszek wypełniony szampanem po brzegi. Czasami sami kreujemy się na dzieła sztuki, dobierając fantazyjne odzienie, podkreślając rysy twarzy makijażem czy układając włosy w wymyślne kształty. Czy modelki sztywno kroczące po wybiegach nie są przypadkiem wieszakami na ubrania?

Powieść Somozy wywołuje wiele emocji. Jest napisana plastycznym i bogatym językiem, dzięki czemu nie miałam problemów z zanurzeniem się w opowiedzianą historię. Każdy autor, który podejmuje się przedstawienia świata sztuki, jest zmuszony do obrazowego ukazania poszczególnych wydarzeń - tutaj trzeba pokazać, że jest się dobrym obserwatorem, bo litery bardzo rzadko potrafią oddać zapach farby olejnej czy woń rozpuszczalnika. To na pewno gratka dla wszystkich miłośników sztuki, bo otrzymujemy wiele informacji na temat poszczególnych artystów - tych prawdziwych i zmyślonych przez autora. Nawet jeśli jesteśmy laikami w tej kwestii, to nic nie stracimy, jeśli poświęcimy pięć minut na wyjaśnienie hasła pointylizm. Książka jest doskonała, trzyma w napięciu do ostatniej strony - chcemy wiedzieć, kto zabija kolejne dzieła sztuki, śledzimy losy Klary oraz próbujemy zrozumieć współczesny świat, w którym wszystko można. Warto zastanowić się nad sobą - w jakim stopniu kreujemy samych siebie, a w jakim pozostajemy naturalni. 

Ocena: 5 / 6

29 stycznia 2013

"Pianistka" (2001) - recenzja filmu (#4)


TYTUŁ ORYGINALNY: La pianiste
PRODUKCJA: Austria, Francja, Niemcy
PREMIERA: 2001

Pianistka to kobieta na pozór cicha i ułożona, mieszkająca z matką, zaangażowana w swoją pracę. Jej demoniczne oblicza ujawnia się, gdy wyrusza na podbój miasta. Odwiedza sklepy z filmami pornograficznymi, podgląda kochające się pary w kinie samochodowym, snuje marzenia o sadomachistycznych spotkaniach, w których mogłaby odgrywać rolę uległej niewolnicy. Do jej klasy trafia młody człowiek, student politechniki, który zafascynowany jej grą i urodą, postanawia za wszelką cenę nawiązać z nią bliższe stosunki. Nie ma pojęcia, co kryje się pod maską obojętności i jak zmieni to jego zachowanie.

Film na podstawie powieście Jelinek, nie mógł być pokrzepiającą historią związku. Tutaj musiało zgrzytać i piszczeć, od natężenia nieprzyjemnych dźwięków, miałam ochotę wsadzić igłę do ucha i zakończyć tę udrękę. Brutalny, na wskroś przeszywający obraz ludzkiego upadku, wulgarny, dosadny, z klasyczną muzyką w tle, która wydobywa z mroku wszystkie sekrety. Wstrząsająca historia kobiety zagubionej, pokusiłabym się na określenie umysłowo niesprawnej, wrażliwej istoty o ukrytych skłonnościach do perwersji. Uwierzcie mi, to jest w nas, to kryje się w człowieku mijanym na ulicy.

Trudne relacje z matką, ojciec chory psychicznie, krnąbrni studenci, a w tym wszystkim ona, z pudełkiem wypełnionym sznurami i kajdankami, czekająca na odpowiedniego partnera. Nie znajdziecie tutaj brutalnych scen BSDM, ale musicie liczyć się z nieprzyjemnymi zbliżeniami pomiędzy bohaterami, ich walką i ścieraniem się. Odradzam, jeśli macie ochotę na spokojny film z piękną muzyką w tle. Tutaj wszystko wrze, kipi i bulgocze - jeszcze długo po zakończeniu pozostaje kwaśny posmak, a umysł pozostaje w odrętwieniu. Podobnie, jak proza Jelinek, ten film jest dziwny, niepokojący, naładowany wizjami obscenicznego seksu, dla mnie zbyt mocny, zbyt intensywny. Zaskakująca produkcja - o sile ludzkiego pożądania i upadku obyczajów, o dźwiękach, które ranią, jak noże.

28 stycznia 2013

"1Q84 tom 3" Haruki Murakami (#93)


TYTUŁ: 1Q84 tom 3
TYTUŁ ORYGINAŁU: 1Q84
AUTOR: Haruki Murakami
WYDAWNICTWO: Muza
MIEJSCE I DATA WYDANIA: Warszawa 2011

LICZBA STRON: 511

KLIKNIJ TUTAJ aby przeczytać recenzję 1 tomu



KLIKNIJ TUTAJ aby przeczytać recenzję 2 tomu


Doszliśmy do szczytu schodów, w nasze zmarznięte ciała uderzył hałas niesiony przez zimny podmuch powietrza. Wciągamy w płuca zapach spalin, smażonego mięsa i własnego strachu, który unosi się z porów naszej wilgotnej skóry. Próbujemy przyzwyczaić wzrok do ciemności i powoli unosimy wzrok ku niebu. Zza chmurami kryje się odpowiedź na wszystkie pytania świata...

Jestem rozczarowana, historia miłosna jest conajmniej melodramatyczna. Aomame nawołuje Tengo, za wszelką cenę pragnie spotkać się z nim i wrócić do normalnego świata, gdzie na niebie widać tylko jeden księżyc. Siła jej miłości jest wielka, jest jej największą obsesją i ostatnią deską ratunku. Tengo rozlicza się z przeszłością, towarzyszy ojcu w ostatnich chwilach życia i próbuje poradzić sobie z samotnością. W to wszystko zostaje wmieszany Ushikawa, który na zlecenie sekty próbuje odnaleźć Aomame. Wszystko zmierza ku spektakularnemu finałowi, ale po drodze bywa po prostu...nudno. To najmniej interesująca część, bez wielkich wzruszeń czy niespodzianek, to powolna droga ku przeznaczeniu. Były momenty, w których potrafiłam skupić się, aż zapominałam o mruganiu, ale częściej traciłam ochotę na ponowne otwarcie oczu i popadałam w krótkie chwile otępienia.

Nadal nie jestem w stanie napisać, że rouzumiem świat, w którym na nocnym niebie błyszczą dwa księżyce. Nie rozumiem skąd biorą się Mali Ludzie i po co tkają kolejne poczwarki. Nie otrzymałam żadnego sensownego wyjaśnienia i nie spodziewałam się tego, co nie zmienia faktu, że powieść można zinterpretować na milion sposobów. Każdy jest w stanie wyłuskać coś innego, to wszystko zależy od naszych doświadczeń oraz wyobraźni. Nie twierdzę, że historie tego typu są złe, to wspaniale, że zmuszają do refleksji, ale...Czasami miałam wrażenie, że to wszystko jest pozbawione sensu i nie ma potrzeby grzebać w ziemi, żeby odnaleźć ukryty skarb. To po prostu ciekawa książka, poruszająca prozaiczne problemy, w której wpleciono kilka fanatastycznych wątków, co sprawiło, iż nie można zamknąć ją w jednym zdaniu podsumowującym. Można byłoby rozpisywać się w nieskończoność na temat poszczególnych wydarzeń, ale nie czuję takiej potrzeby. Murakami jest w porządku, ale nie oddałabym mu swojego serca, o nie. Będę go dobrze wspominać, ale nigdy nie podsunę jego książki pod czyjąś dłoń, bo świat jest wystarczająco ciężkostrawny, bez moralnych zawieruch rodem z kart 1Q84.

Ocena: 3 / 6

27 stycznia 2013

STOSIK (#17) - czyli zdobycze książkowe + zmiany


Kochani!

Wiem, że niedawno pokazywałam Wam moje zakupy i powinnam powstrzymać się przed zamieszczaniem kolejnego stosiku, ale nie mogłam się powstrzymać. Pod koniec tygodnia odwiedziłam moją bibliotekę i wypożyczyłam kilka książek. O tym za chwilę, na początek chciałabym podzielić się z Wami moją decyzją o wstąpieniu do Dyskusyjnego Klubu Książki. Długo myślałam nad plusami i minusami związanymi ze spotykaniem się twarzą w twarz z innymi czytelnikami i wygłaszaniem własnej opinii, której nie musiałabym się wstydzić. Nie mam problemu z mówieniem o uczuciach i chętnie dzielę się swoimi przemyśleniami, ale jeszcze nigdy nie dyskutowałam o książkach w szerszym gronie. Jest w tym coś uroczego, takie spotkania przy herbacie, w towarzystwie innych miłośników literatury - a co mi tam, zapisałam się. Moja radość jest ogromna, gdyż klub jest prowadzony przez moja ulubioną Panią Bibliotekarkę, która jest przemiłą i zawsze uśmiechniętą osobą. Najbliższe spotkanie: 13 luty. Otrzymałam lekturę do przeczytania: Obiecaj mi, Cobena - czyli coś, czego sama nie wybrałabym nigdy i cieszy mnie to, gdyż będę mogła wyjść z poczwarki, w której zamknęłam się wraz z powieściami obyczajowymi i psychologicznymi.

Do domu przyniosłam również Sercątko, gdyż podobała mi się poprzednia powieść Muller (recenzja tutaj). Muszę przyznać, że autorka potrafi namieszać w głowie i jej proza jest skomplikowana, ale również niezwykle wciągająca i przejmująca. Mimowolnie sięgnęłam po Kwietniową czarownicę, która ma być wisienką na torcie, doskonałym uwieńczeniem przygody z książkami Axelsson. Odwracając się od regału z prozą skandynawską, wpadłam prosto w ramiona powieści hiszpańskich i wybrałam Złudę - po przeczytaniu rekomandacji, której autorem jest Zafon, nic mi więcej nie potrzeba. Na sam koniec powędrowałam w kierunku regału z powieściami obyczajowymi i długo szukałam czegoś przyjemnego, lekkiego, co mogłoby być miłą odskocznią od śmiertnelnie poważnej Muller czy Axelsson - wybrałam Magiczna gondolę, bo uwielbiam Wenecję (do dzisiaj pamiętam mój referat, który wygłaszałam na studiach, to była wspaniała umysłowa podróż). 

Na koniec chciałabym Wam przedstawić nowy wygląd bloga. Ostatnio zaprojektowałam i stworzyłam szablon dla bloga JULIA ORZECH  - tak bardzo spodobała mi się praca z grafiką, iż wzięłam się do pracy nad własną witryną. Mam nadzieję, że nowa szata przypadnie Wam do gustu, chociaż wierzę, że liczy się coś więcej, niż suknia i buty.

25 stycznia 2013

"Wszystko czego potrzebujesz" Alison L. Kennedy (#92)


TYTUŁ: Wszystko czego potrzebujesz
TYTUŁ ORYGINAŁU: Everything you need
AUTOR: Alison L. Kennedy
WYDAWNICTWO: Muza
MIEJSCE I DATA WYDANIA: Warszawa 2002

LICZBA STRON: 654

Nathan jest popularnym pisarzem, które wraz z grupą przyjaciół, tworzy fundację związaną z literaturą i zamieszkuje na niewielkiej wyspie. Po wielu latach postanawia sprowadzić córkę, która wychowywana przez wujków, nie ma pojęcia o istnieniu ojca. Pod przykrywką fundacji dla młodych talentów. Nathan zostaje nauczycielem Mary i razem z nią wędruje pod trudnym świecie pisarstwa. Mężczyzna nie potrafi poradzić sobie z przeszłością i ukrywa fakt, że Mary jest z nim spokrewniona. Mimo wszystko pomiędzy nimi nawiązuje się nić porozumienia i coś na kształt miłości, która zmusza ich do wyrównania rachunków z własnymi demonami.

Okazuje się, że wszystko czego potrzebujesz, to miłość, to druga osoba, partner, dziecko, rodzic, ktoś, kto stoi z boku i pozwala zapomnieć o samotnych chwilach. Poznajemy losy małżeństwa Nathana i Maury, jego rozkwit i więdnięcie, szczyty i doliny, cały czas zadajemy sobie pytanie, co sprawiło, iż na pozór idealny związek umarł przedwcześnie. Nathan jest pisarzem, który dla swojej pracy potrafi poświęcić wszystko, ale gdy tylko odchodzi od biurka znowu stąpa po twardej ziemi i angażuje się w życie rodzinne. Maura jest zawiedziona, zazdrosna o pisarstwo, rozgoryczona i tak naprawdę samolubna, porzuca męża i dziecko, co rozrywa ich serca na pół.

Oprócz ważnego wątku związanego z budowaniem relacji pomiędzy córką i ojcem, autorka pokusiła się na poruszenie kilku innych problemów. Miłość homoseksualna wujków Mary została opisana w cudowny sposób. Dwoje staruszków nienasyconych życiem, pełnych ciepła i radości udowadnia, że homoseksualizm nie jest perwersyjnym i niszczycielskim uczuciem, można wieść normalne życie i być zwyczajną rodziną. Mało tego, rodzice jednej płci są zdolni wychować pełnowartościowe jednostki ludzkie i powinni mieć pełne prawo do adopcji dziecka. Z przerażeniem w oczach śledziłam losy redaktora Nathana, który upijał się do nieprzytomności, próbując zapomnieć o niedostatkach współczesnej literatury. Jego chęć zapomnienia o rzeczywistości była tak ogromna, że zdecydował się na podawania alkoholu innym sposobem, niż kieliszek-gardło, co ostatecznie wyniszczyło jego organizm. Ostatecznie nabawił się wielu chorób, a poziom wydawanych książek nie uległ zmianie - czy było warto?

Wśród wielu ciekawych historii i dialogów wkradło się wiele wulgaryzmów i przed sięgnięciem po tę książkę musicie być na to przygotowani. Nie jestem fanką nadużywania dosadnych określeń - rozumiem, że jeden z bohaterów mógłby używać bluźnierstw i miałoby to na celu podkreślenie jego cech charakteru, ale w tej książce klną wszyscy. Młode kobiety, starzy mężczyźni, brakowało mi tylko, żeby nieszczęsny pies Eckless warknął: ty suko! Tak naprawdę to nie jest przyjemna powieść. Bohaterzy targają się na swoje życie, upijają się i wypalają setki papierosów, co również wpływa na stan ich organizmów. Będziemy świadkami wielu upadków i tylko kilku uniesień głowy, co nie jest szczególnie pocieszające. Mimo wszystko nie mogłam zamknąć tej książki bez dotarcia do końca - chęć poznania losów Nathana i Mary przymknęła oczy na niedostatki ich historii. Nie będę nalegać, żebyście przeczytali Wszystko czego potrzebujesz, bo nie sądzę, żeby to była książka, która odmieni wasze życie - być może tylko pobudzi do działania i zmusi do wyjaśniania spraw, zanim zostaną obtoczone w skorupie czasu.
 
Ocena: 3 / 6
 
 
 
Książka przeczytana w ramach wyzwania  "Z literą w tle" (w tym miesiącu "K").

23 stycznia 2013

STOSIK (#16) - czyli zdobycze książkowe STYCZEŃ 2013


Kochani!

W styczniu skusiłam się na kilka książek, które zostały objęte noworoczną promocją w Weltbildzie. Obiecałam sobie, że nie ulegnę kolejnym tytułom, które sukcesywnie pojawiały się na ich stronie internetowej i nie złożę więcej zamówień, niż jedno. Moje regały pękają w szwach, a wolałabym nie trzymać książek na podłodze, zasługują na coś lepszego. Na myśl, że Weltbild przestanie istnieć, zaczynam się smucić - w ostatnich miesiącach zaskakiwali mnie wspaniałymi promocjami. Poza tym pozwoliłam sobie wziąć udział w kilku aukcjach internetowych, gdzie dosłownie za grosze nabyłam niewielką ilość smakowitych kąsków. Cieszy mnie widok styczniowego stosu - ani za mało, ani za dużo.


1. Dom marzeń - Erich Maria Remarque (Allegro, 5 zł)
2. Lavinia i jej córki - Marlena de Blasi (Allegro, 5 zł)
3. Czas Czerwonych Gór - Petra Hulova (Allegro, 1 zł)
4. Ja - Yann Martel (Allegro, 1 zł)
5. Tysiąc drzewek pomarańczowych - Kathryn Harrison (Allegro, wszystkie trzy książki tej autorki 12 zł)
6. Krzesło do krępowania - Kathryn Harrison
7. Obnażona - Kathryn Harrison
8. Ostatnia spowiedź tom 1 - Nina Reichter (egzemplarz recenzencki od wydawnictwa)
9. Hiszpański smyczek - Adromeda Romano-Lax (wymiana na lubimyczytac.pl)



10. Biała wilczyca - Theresa Revay (promocja w Weltbild)
11. Wszystkie marzenia świata - Theresa Revay (promocja w Weltbild)
12. Droga do raju - Paullina Simons (promocja w Weltbild)
13. Ty pierwszy, Max - Leena Parkkinen (promocja w Weltbild, prezent do zamówienia)
14. Bezimienna - Hanri Magali (promocja w Weltbild)
15. Ku słońcu - Inga Iwasiów (promocja w Weltbild)

21 stycznia 2013

"Odwróceni zakochani" (2012) - recenzja filmu (#3)


TYTUŁ ORYGINALNY: Upside down
PRODUKCJA: Francja, Kanada
PREMIERA: 2012

Fabuła filmu bardzo mnie zainteresowała - jakby to było nie mieć nad sobą chmur, tylko czyjąś twarz, czyjś ogródek i rosnące w nim w kwiaty, do góry nogami. Jakby to było dostrzec w tym tłumie twarz, która przyspieszyłaby bicie serca. Byłaby tak blisko, a jednocześnie niemożliwie daleko. To właśnie przydarzyło się dwójce młodych ludzi, którzy nie mogą być razem z wielu powodów, jednym z nich jest odmienna grawitacja.

Niestety, nie obyło się bez banałów, hollywoodzkich scen pocałunku i bajkowego zakończenia. Liczyłam na coś bardziej magicznego, niepowtarzalnego, a przede wszystkim miałam nadzieję, że aktorzy będą bardziej naturalni i...ludzcy. Wszystko rozmyte jest przez sztuczną mgłę stworzoną przez grafików komputerowych i mimo kilku ciekawych efektów specjalnych, obydwa światy wyglądały sztucznie. Wydaje mi się, że autor scenariusza posiadał wspaniałą wizję, ale chęć zysku i stworzenia pocieszającej historii miłosnej (nie oszukujmy się, na moje oko 95% widzów nie lubi tragicznych zakończeń) sprawiły, że Odwróceni zakochani to jedna z wielu romantycznych opowieści o pragnieniu połączenia się w miłosnym uścisku.

Warto popatrzeć na tę opowieść pod innym kątem. Domyślam się, że przedstawiony obraz miał opowiadać o czymś, co istnieje również w naszym świecie, na tej zwykłej ziemi z pochmurnym niebem. Niedozwolona miłość, mezalians, gruby portfel kontra dziurawa kieszeń. Takie historie zdarzają się dzisiaj i zdarzały się w przeszłości, lecz nie zawsze kończą się tak dobrze, jak w filmie. Porównanie do "Romea i Julii" jest błędne, oprócz licznych zakazów i fizycznej niemożności życia ze sobą, bohaterowie filmu nie przypłacili swej miłości własnym życiem. Podczas krótkiego rozstania żyli dalej, smutni i zawiedzeni, ale nie mieli zamiaru poświęcać wszystko dla tego uczucia. To ciekawy film, na pewno nadaje się na romantyczny wieczór, ale nie pijcie do tego słodkiego wina, bo może was zemdlić.

20 stycznia 2013

"Dom Augusty" Majgull Axelsson (#91)


TYTUŁ: Dom Augusty
TYTUŁ ORYGINAŁU: Slumpvandring
AUTOR: Majgull Axelsson
WYDAWNICTWO: W.A.B.
MIEJSCE I DATA WYDANIA: Warszawa 2006

LICZBA STRON: 447 

W domu Augusty mieszkają duchy, szemrzące po kątach niezrozumiałe modlitwy, próbujące oderwać stopy od twardej powierzchni podłogi, tęsknie wypatrujące białych obłoków. Alicja, Andżelika i Augusta oraz inne kobiety należące do rodziny, próbują poradzić sobie z szarą rzeczywistością, zakopując się pod kołdrą w tym niewielkim domu. Wszystkie rozliczają się z przeszłością, a każda z nich dociera do innego miejsca w głębi własnego serca. Dla niektórych ucieczką jest życie, dla innych śmierć.

Moim zdaniem to najlepsza powieść w dorobku Axelsson - jednocześnie bogata i uboga, wypełniona baśniami i dymem, leniwie wydobywającym się z fabrycznych kominów. W jednej książce autorka umieściła sto litrów łez i zaledwie trzydzieści sekund uśmiechu, strony napęczniały od nadmiaru wilgoci, która ochładzała opuszki palców. Wiedziałam, że mogę liczyć na Majgull, ale tym razem powaliła mnie na ziemię, dosłownie powaliła i obsypała garścią suszonych liści. Powieść jest świetnie skonstruowana, niezbyt skomplikowana, przez co czyta się lepiej, niż chociażby Ta, którą nigdy nie byłam. Ze skupieniem śledziłam losy Alicji i Andżeliki, próbując zrozumieć ich ból, ich rozpacz, rozdając im lekkie klepnięcia w plecy. Słabe kobiety i bezwzględni mężczyźni, odwieczna walka o dominację, która zazwyczaj kończy się cichym kwileniem i drżącym ciałem, na którym szeleści cienki materiał sukienki. Smutne, ale niezwykle prawdziwe.

To powieść o słabości, o niepogodzeniu się z faktem, iż jest się kobietą, seksualną zabawką w topornych rękach mężczyzny. Wszystkie kobiety mieszkające w domu Augusty, to istoty umieszczone na środku areny, gdzie rozgrywają się igrzyska ku uciesze spoconego, podminowanego tłumu facetów, którzy za wszelką ceną pragną zobaczyć kobiety upadające na kolana. Alicja i jej nastoletnia miłość, skomplikowana ciąża i odrzucenie, z jakim spotkała się ze strony najbliższej rodziny. Andżelika i jej brutalny ojczym, chłopcy, którzy pragną tylko jej ciała, a po zaspokojeniu swoich pragnień, syczą na odchodnym: dziwka. Augusta, zgwałcona przez pracodawcę, próbująca ratować siebie i noworodka, który pewnej nocy wysunął się spomiędzy jej nóg.

To również historia o skutkach industrializacji, o przemianach, jakie zachodzą wraz z nowymi pokoleniami, o zapomnianych baśniach i zdeptanych krasnoludkach. Axelsson nagięła rzeczywistość i powołała do życia krasnale i rusałki, uciekające przed hałasem wydobywającym się z wnętrza szarych fabryk. Magiczne stworzenia uciekają w popłochu, zerkając na brzydkie domy robotników. W lasach pozostaje garstka przestraszonych zwierząt i szum wiatru, a my, ludzie zostajemy pozostawieni z demonami, których już nie odegna żadny dobry duszek. Taka jest cena za podbój ziemi. Warto zaczerpnąć świeżego powietrza, zanim pozwolimy porwać się tej historii, zanim wciśniemy się w robotniczy kombinezon i zamoczymy dłonie w bali z szarą wodą, próbując doprać firany poszarzałe od dymu i smutku.

Ocena: 5 / 6

19 stycznia 2013

"Czarny balonik" (2008) - recenzja filmu (#2)


TYTUŁ ORYGINALNY: The black balloon
PRODUKCJA: Australia, Wielka Brytania
PREMIERA: 2008

Thomas przeprowadza się do niewielkiego miasteczka, w którym jego ojciec podejmuje pracę w bazie wojskowej. Matka jest w zaawansowanej, zagrożonej ciąży i zostaje odsunięta od spraw domowych. Na głowie Thomasa pozostaje opieka nad autystycznym bratem, Charliem, który wymaga ogromnej uwagi i cierpliwości. Wszystko komplikuje się, gdy Thomas poznaje Jackie, z którą pragnie stworzyć normalny związek, na przekór wszystkim zwariowanym sytuacjom z udziałem chorego brata.

Muszę przyznać, że historia tej rodziny ogromnie mnie wzruszyła. Brak zrozumienia, nikła tolerancja na odmienność, wredni sąsiedzi i znajomi ze szkoły. To krople alkoholu strząsane do płonącego domu, w którym codzienność jest wystarczająca trudna, a każda kropla narusza ściany i drzwi. Thomas jest zwykłym chłopcem, który pragnie akceptacji i miłości, a musi walczyć z nieobliczalnym bratem, którego kocha, lecz nie rozumie. Sama nie mogłam uwierzyć, że autyzm potrafi osiągnąć tak zaawansowaną formę. To smutne patrzeć, jak rodzina zostaje wyklęta i nazwana bandą świrów, a przecież nie różnią się niczym. Czy fakt, że w ich kręgu znajduje się chora osoba, ma  świadczyć o jakiejkolwiek patologii? Czy trzeba nasyłać policję i opiekę społeczną, żeby samemu poczuć się bardziej normalnym? 

Mimo wszystko Thomas nie poddawał się i walczył o brata. Wspaniała lekcja człowieczeństwa. Niesamowita gra aktorska - tutaj pragnę wyróżnić Toni Colette, która była niezwykle naturalna i pełna ciepła. Ponadto Luke Ford z ogromnym wyczuciem wszedł w rolę chorego na autyzm, przez co jego postać była autentyczna i wywołująca ogromne emocje. Film o nietolerancji, uczący zrozumienia, poszerzający horyzonty, wytykający ludzkie wady, niczym palec wskazujący, sztywno wycelowany w środek czoła. To w naszych głowach powstają najwyższe mury, którymi odgradzamy się od wszystkiego, co dla nas niezrozumiałe. Nie warto odgradzać się od inności, bo w pewnym momencie przesłonimy drzewa i słońce.



17 stycznia 2013

"Odrodzona" Tucker Malarkey (#90)


TYTUŁ: Odrodzona
TYTUŁ ORYGINAŁU: Resurrection
AUTOR: Tucker Malarkey
WYDAWNICTWO: Amber
MIEJSCE I DATA WYDANIA: Warszawa 2007

LICZBA STRON: 328 

Gemma dowiaduje się, że jej ojciec, znany archeolog, umarł na zawał. Kobieta musi przyjechać do Egiptu, żeby dopełnić formalności pogrzebowych. Na miejscu poznaje przyjaciół ojca, Michaela, pilota oszpeconego przez ogień oraz jego brata, Anthonego, zamkniętego w sobie badacza starożytnych klasztorów. Badania ojca nad zaginionymi ewangeliami przykuwają uwagę kościoła, muzeum oraz handlarzy antyków. Gemma zaczyna zastanawiać się nad przyczyną zgonu ojca i postanawia przeprowadzić własne śledztwo.
 
Opowieść snuta w ukryciu, rewolucyjna na swój sposób i ulotna, niczym piasek przesypujący się pomiędzy palcami. Nie mogłam się oderwać, wszystko mnie fascynowało - Egipt, wypełniony egzotycznymi potrawami i nawoływaniami do modlitwy, przeszłość głównych bohaterów, ich stan umysłu i kruchość duszy. Tutaj nikt nie ucieka przed bandytami, nie latają kule armatnie, nie ma pościgów zapierających wdech w piersiach. To nie jest kolejny Kod Leonarda da Vinci. To bardzo subtelna historia, poruszająca problem wielkiej straty, zagubienia, chęci wyleczenia jątrzącej się rany.

Świetny wątek związany z radzeniem sobie po przeżyciu trudnych chwil na wojnie. Gemma musi zapomnieć o miłości do rannego żołnierza, który w skutek powikłań umiera w szpitalu. Będąc pielęgniarką musiała stawiać czoła wielu smutnym sytuacjom, chorobom i okaleczeniom, jakie nie mieszczą się w głowie zwykłego człowieka. Potem śmierć matki i zaskakujący zawał ojca, kielich goryczy niebezpiecznie chybocze się na krawędzi stołu. Autorka w doskonały sposób przedstawiła postać kalekiego pilota, który ukrywa się za maską obojętności i mgłą unoszącą się znad fiolki z morfiną. Na uwagę zasługuje również markotny Anthony, który uwierzcie mi, ma wiele powodów do milczenia. Nawet odległość nie jest w stanie zabić wspomnienia, a żarzące się słońce jest niewielką pociechą, gdy w duszy zalega czarna smoła.

Oprócz ogromnej huśtawki emocjonalnej i kilku chwil, gdy ślepo gapiłam się w ścianę, muszę w tym w miejscu wspomnieć o głownym wątku książki. Jest to opowieść o wielkich marzeniach i trudnej drodze, jaką trzeba przejść, żeby prawda ujrzała światło dzienne. Autorka przytoczyła kilka faktów związanych z odnalezieniem zaginionych ewangelii w Nag Hammadi (czy słyszeliście o tym? jeśli nie, to polecam ARTYKUŁ). Dla mnie, historyka, to wielka gratka. Przypomniałam sobie kilka istotnych faktów związanych z mitologią, a przede wszystkim nasunęła mi się na myśl niezwykła książka Olgi Tokarczuk Anna In w grobowcach świata, o bogini miłości, Inannie. Zaginione ewangelie to świetny temat, ukazujący w zupełnie innym świetle wczesne chrześcijaństwo - musimy pamiętać, że Biblia to tylko wybór pism, poza nią istnieje wiele innych dokumentów, które ukazują niektóre wydarzenia w innym świetle. Warto zgłębiać ten temat i otworzyć oczy, bo nie wszystko jest takie, jakie nam się wydaje. Wspaniała opowieść, nie sposób oderwać się, póki nie dotrze się do ostatniej strony. 

Ocena: 5 / 6

16 stycznia 2013

"Klub wspomnień" Laura Kalpakian (#89)


TYTUŁ: Klub wspomnień
TYTUŁ ORYGINAŁU: The memoir club
AUTOR: Laura Kalpakian
WYDAWNICTWO: Świat Książki
MIEJSCE I DATA WYDANIA: Warszawa 2004

LICZBA STRON: 352


Kilkanaście osób postanawia wziąć udział w warsztatach pisania wspomnień. Każda z tych osób kieruje się innymi  pobudkami. Niektórzy pragną utrwalić miłe wspomnienia dotyczące ukochanych osób, inni pragną rozprawić się z przeszłością i traktują warsztaty, jak terapię. Nikt nie wie, co przyniesie podróż do zamierzchłych czasów i jaki to będzie miało wpływ na teraźniejszość.

Jeszcze nigdy nie spotkałam się z tak dużą różnorodnością w jednej książce. Nie sposób zapamiętać wszystkich bohaterów i ich historie, gdy w każdej z nich dzieje się  zbyt dużo. Lubię powieści, które rozwijają się w miarę czytania i zaskakują nowymi wydarzeniami, ale tutaj po prostu nie mogłam nadążyć. Czułam się tak, jakbym wsiadła do pociągu, w którym zepsuły się hamulce - świat za oknem nie przypominał niczego, co znam, wszystko zlało się w jedną masę. Nie jestem rozczarowana, spodziewałam się tego po przeczytaniu opisu umieszczonego na okładce. Wiedziałam, że historia będzie dotyczyć kilku osób i ich wspomnień, a w życiu każdego z nas pojawiają się tłumy ludzi, niosących miliony wrażeń i emocji. Nie spodziewałam się jednak, że nie będę potrafiła ogarnąć tego wszystkiego. Jestem zagubiona.

Abstrahując od bogatej fabuły, warto przyjrzeć się kilku problemom, które poruszane są na kartach tej powieści.  Rusty, porzucająca dziecko i próbująca odnaleźć je po wielu latach. Gorzkie spotkanie i niedowierzanie, bo spodziewała się czegoś innego, jej wyobrażenie o córce odbiega od rzeczywistego stanu. Dlaczego żyła marzeniami? Czego spodziewała się po spotkaniu? Caryn, żyjąca na pół gwizdka po stracie męża i dzieci w wyniku katastrofy lotniczej i Nell, jej najlepsza przyjaciółka, która próbuje wydobyć ją na powierzchnię. Ile lat można rozpamiętywać swoją stratę i jak wrócić do normalności? Francine, zapatrzona w swojego męża, jak w obraz, po jego śmierci postanawia złożyć mu hołd w postaci spisanych wspomnień. W trakcie poszukiwań i rozmów z jego znajomymi, dowiaduje się o zdradzie i nieślubnym dziecku, a obraz męża rozsypuje się, jak lustro uderzone kamieniem. Jak mogła poświęcić całe swoje życie dla mężczyzny, który ostatecznie nie doceniał jej starań? Jill, Koreanka adoptowana przez amerykańską parę, próbuje odnaleźć swoją prawdziwą rodzinę i zastanawia się nad przyczyną, jaka zmusiła jej biologiczną matkę do porzucenia niemowlęcia. 

Oprócz anegdot związanych z życiem poszczególnych bohaterek, obserwujemy działanie kliniki dla kobiet, w której toczy się zażarty spór o dokonywanie aborcji. W konflikcie uczestniczy lokalna sekta, która za wszelką cenę pragnie zniszczyć kobiety, które decydują się na usunięcie dziecka. Uff. Nie będę rozpisywać się nad resztą, gdyż zabrakłoby mi dnia na poukładanie wszystkich wydarzeń i wyłuskanie z nich tych najważniejszych. Czy mieliście w dzieciństwie kalejdoskop? Jeśli tak, to wyobraźcie sobie, że trzymacie w dłoniach tę tekturową tubę, przykładacie oko do otworu i obserwujecie ułożenie kolorowych szkiełek. Jest ich mnóstwo, błyszczą i zapierają wdech w piersiach. Gdy już myślicie, że zerknęliście na każde z nich, to drży Wam ręka i nagle wszystko układa się w nowy wzór. Ta książka to kilkanaście skomplikowanych wzorów, które trzeba przeanalizować, żeby zrozumieć ich sens. Kalejdoskop lub gulasz, wszystko wrzucone do jednego garnka. Niby smaczne, ale nie sposób stwierdzić, co znajduje się na łyżce.

Ocena: 2 / 6
 
 
 
Książka przeczytana w ramach wyzwania  "Z literą w tle" (w tym miesiącu "K").

15 stycznia 2013

"Rozkosze Emmy" (2006) - recenzja filmu (#1)



TYTUŁ ORYGINALNY: Emma Gluck
PRODUKCJA: Niemcy
PREMIERA: 2006

Emma to zwariowana dziewczyna. Musi być wariatką, bo życie, jakie wiedzie na prowincji, odbiega od normalności. Zajmuje się hodowlą świń i prowadzi niewielkie gospodarstwo odziedziczone po dziadkach, w którym zajmuje się wszystkim, od uboju po patroszenie zwierząt. Pewnej nocy na jej podwórku ląduje samochód. Dosłownie ląduje, gdyż auto spadło ze skarpy. W środku uwięziony jest nieprzytomny mężczyzna, który wydaje się być darem od niebios. Ładnie pachnie, jego skóra jest miękka. Poza tym przy sobie ma ogromną ilość gotówki, która pozwoli spłacić długi, jakie ciążą na gospodarstwie. Wszystko mogłoby potoczyć się, jak w bajce, gdyby nie choroba mężczyzny i niewiadome pochodzenie pieniędzy...

Piękna historia, bardzo prawdziwa i wzruszająca. To film o miłości tak zwykłej, normalnej i prozaicznej, że na pierwszy rzut oka nie powinien zachwycać. W tej ułomności jest ukryty skarb. Potrzeba kochania potrafi zniewolić nawet najsilniejszych. Niesamowite zdjęcia, muzyka i gra aktorska to tylko niektóre z zalet tej produkcji. Najbardziej uderzyła mnie realność, z jaką przedstawiono poszczególne sytuacje. Zabijanie świni, z bulgoczącą krwią, cichym szelestem osuwającego się ciała. Pierwsze zbliżenie, pomiędzy kobietą i mężczyzną, chaotyczne, koślawe, będące próbą zaspokojenia własnej żądzy i podarowania drugiej osobie odrobiny przyjemności. Wyniszczająca choroba, zginająca człowieka w pół, zmuszająca do wtykania nosa w wilgotną ziemię. Walka o siebie nawzajem, ze sobą samym.

Opowieść o ludzkiej ułomności, o docieraniu do celu, gdzie wszystko dźwięczy, gdzie w szumie trawy ukrywają się kochankowie, a kogut pieje, budząc i pobudzając. Świetny film, trochę ameliowy, trochę kontrowersyjny, jednocześnie delikatny i brutalny. Bohaterowie ułomni, po prostu na wskroś ludzcy, udowadniający, że nie tylko pięknym i mądrym ludziom zdarzają się omdlenia spowodowane nagromadzonymi uczuciami. Każdy jest wrażliwy, jedni potrafią to pokazać, inni ukrywają to przed światem. Tutaj nastąpił wybuch, rozsadził wysokie mury i pozwolił kochankom na zbliżenie.


14 stycznia 2013

"Ulisses z Bagdadu" Eric-Emmanuel Schmitt (#88)

TYTUŁ: Ulisses z Bagdadu
TYTUŁ ORYGINAŁU: Ulysse from Bagdad
AUTOR: Eric-Emmanuel Schmitt
WYDAWNICTWO: Znak
MIEJSCE I DATA WYDANIA: Kraków 2010

LICZBA STRON: 315

Saad Saad pochodzi z Iraku. W dniu rozpoczęcia wojny ze Stanami Zjednoczonymi, jego dotychczasowe życie legło w gruzach. Po stracie kilku członków rodziny i ukochanej, zmiecionej przez bombę, chłopak postanawia wyemigrować w poszukiwaniu pracy, która zapewni byt matce i siostrom. Jego celem jest Londyn, w którym postanawia dokończyć studia prawnicze i rozpocząć wymarzoną pracę. Niestety, nie wystarczy tylko pragnienie, Sad musi przejść po drodze z rozsypanego szkła i ostrych kamieni.

Schmitt stworzył książkę poruszającą bardzo aktualne kwestie: wojna w Iraku, ludzka bezdomność, poszukiwanie bezpieczeństwa, konflikty na tle rasowym i religijnym. Tutaj Ameryka nie jawi się, jako strona niosąca radość i uwalniająca spod władzy Husajna. Embargo, które zostało nałożone na Irak było przyczyną wielu nieszczęść, głodu, zamieszek - Saad Saad pokazuje nam rzeczywistość od wewnątrz, gdzie normalni ludzi zostali zmuszeni do niegodnego życia, na granicy obłędu, gdzie w głowie pozostają tylko destrukcyjne myśli. Główny bohater jest traktowany, jak zaraźliwa choroba, zamykany i sponiewierany, izolowany i przesłuchiwany. Nie ma dla niego miejsca w Iraku, ani nigdzie indziej, bo Europa to świat, w którym rządzi biurokracja, gdzie uchodźca to szczur, który musi umykać śmierdzącymi kanałami, bez jakichkolwiek perspektyw na ujrzenie promieni słonecznych.

Książka jest współczesną wersją greckiego eposu o przygodach Odyseusza. Saad na swej drodze spotyka otyłego urzędnika z jednym okiem, który przypomina potężnego cyklopa. Towarzyszy w trasie koncertowej Syrenom, alternatywnemu zespołowi muzycznemu, który wprowadza w trans swoich słuchaczy. Trafiając do Włoch nawiązuje bliższą znajomość z blondwłosą Wiktorią, która namawia go do małżeństwa. Niestety, prawdziwe życie to nie powieść, w której możemy domyśleć się pozytywnego zakończenia, w którym bohater dociera do celu swojej podróży, wpada w ramiona ukochanej, żeby wieść skromne, lecz dobre życie. Tutaj wszystko okraszone jest łzami i potem, wymaga ogromnego wysiłku, wręcz wycieńcza i po cichu uśmierca, przy czym nie pozbawia nadziei. 

Nie mogłam oderwać się od czytania, po książkę sięgnęłam wieczorem, a zamknęłam dopiero po dotarciu do ostatniej strony. Podróż Saada jest niesamowita, dla mnie nieprawdopodobna. To historia ukazująca w innym świetle problem uchodźców, ludzi, którzy za sprawą kapryśnego losu zostali zmuszeni do życia w krajach, gdzie wojna zbiera swe żniwa. To również krzyk, który ma zwrócić uwagę na nasze zachowanie, na to, jak traktujemy innych ludzi. Jako prawdziwi humaniści powinniśmy patrzeć na każdego człowieka w ten sam sposób, bez znaczenia, jak wygląda i skąd pochodzi - tymczasem prawda jest gorzka, a my opętani przez strach i pychę. Warto również wyjść na chwilę ze swojego ciała i stanąć z boku, dostrzec, jak dobrze jest żyć w kraju, w którym są sklepy z chlebem, opieka lekarska ze szczepionkami, księgarnie pachnące drukiem. Niesamowita historia, Schmitt w najlepszej formie.

Ocena: 5 / 6 

13 stycznia 2013

"Ewa Luna" Isabel Allende (#87)


TYTUŁ: Ewa Luna
TYTUŁ ORYGINAŁU: Eva Luna
AUTOR: Isabel Allende
WYDAWNICTWO: Muza
MIEJSCE I DATA WYDANIA: Warszawa 2009

LICZBA STRON: 374

Ewa Luna to dziecko poczęte w desperackim akcie chwilowego uniesienia. Od początku niechciana i zagubiona, istota bez miejsca na ziemi, trafia do wielu domów, skąd wiele razy ucieka. Na swej drodze spotyka Huberta Naranjo, który otacza dziewczynkę niezwykłą troską i postanawia czuwać nad jej przyszłością. Niestety, ale na wskutek niepewnej sytuacji i miejskich zamieszek, Ewa ponownie zostaje skazana na samą siebie. Na swej drodze spotyka interesujące osoby, którym okazuje wdzięczność za sprawą wymyślanych przez siebie historii. Po wielu latach, wypełnionych tułaczką, dziewczyna ponownie natrafia nd Huberta, lecz ich związek odbiega od ideału. On jest aktywnym partyzantem, którego poszukuje całe wojsko, ona zgadza się być dla niego pociechą, ale nie potrafi zrozumieć tej miłości. Oprócz losów Ewy, śledzimy również poczynania Rolfa, który uciekł z Europy, pogrążonej w rozpaczy po II wojnie światowej. Kim będzie Rolf dla Ewy? Czy kobieta będzie potrafiła wykorzystać swój talent do opowiadania historii?

Allende jest wyjątkową pisarką, która jak nikt inny potrafi umieścić zwykłych ludzi w magicznej i mrocznej scenerii, jaką są rubieże Ameryki Południowej. Tym razem nie poczułam gęsiej skórki, apetytu na każde kolejne słowo, ssania w żołądku na myśl o zapachu tej książki. Wszystko działo się bardzo szybko, a mnogość wydarzeń i osób na jednej stronie, to istny rollercoaster, który wzburzał zawartość żołądka. Allende odrobinę przesadziła, powieść jest barwna, ale przypomina to bardziej obraz Pollock'a niż delikatną tęczę biorącą we władanie niebo. Być może nie powinnam tego pisać, ale przeszkadzał mi ciągły (niejednokrotnie skomplikowany) tekst, w którym na próżno doszukiwałam się dialogów. Lubię, gdy iskrzy pomiędzy bohaterami, a napięcie najlepiej buduje się za pomocą słów, padających z ich ust. Tym razem wszystko zostało opowiedziane, przegadane, pozostawione w ciszy własnych przemyśleń. To z pewnością spowalnia akcję, a szkoda, bo temat dotyczący rewolucji powinien chociaż odrobinę ją odzwierciedlać, a tutaj wszystko toczyło się z góry, nie jak odważne dziecko lecz jak przerażony staruszek, próbujący wbić pięty w ziemię.


Oprócz kilku szczególnie nudnych momentów i ogromnej ilości wątków pobocznych, należy docenić kreację głównych bohaterów. Zauważyłam, że Allende stroni od jednobarwnych postaci, tutaj nikt nie jest czarny lub biały. Ewa, dziewczynka wyciągnięta z najgłębszego rowu, próbuje ratować się historiami, które powołuje do życia w swojej głowie, a potem za pomocą słów przekazuje je dalej. Po wielu niepowodzeniach, pracy w różnych domach, znajduje swoje miejsce obok dziwacznego Melecio (który wierzy, że jest kobietą zamkniętą w niewłaściwym ciele). Dziewczyna przeżywa wiele chwilowych zauroczeń, a także kilka wielkich miłości, przy czym zawsze próbuje uszczęśliwić kochanka, dla siebie pozostawiając niewiele więcej, niż kilkusekundowe poczucie spełnienia. W jej życiu pojawia się turecki handlarz z oszpeconą twarzą, młody partyzant czy filmowiec z Europy. Każdy z tych związków jest inny, ryzykowny i więcej w nim smutku, niż radości. Ewa dojrzewa do kilku poważnych decyzji, a my obserwujemy zmiany, jakie zachodzą w niej na przestrzeni lat - to kobieta z krwi i kości, z natury dobra, ale potrafiąca opróżnić nocnik z nieczystościami nad głową wymagającego pracodawcy.

Czytałam, że nie jest to najlepsza powieść Allende. Zgadzam się z tym. Żałuję, że autorka nie przytoczyła kilku historii, które powstały w umyśle Ewy Luny. Po zapoznaniu się z fabułą książki, byłam pewna, że poznam kilka ciekawych opowieści, nieco magicznych i nierealnych, które zaspokoją moje pragnienie na odrobinę realizmu magicznego. Niestety, nic z tego. Wszystko było bardzo prawdziwe, mokre od potu i czerwone od słońca, co można uznać za ogromny plus biorąc pod uwagę poruszany problem konfliktu pomiędzy panującą władzą, a partyzantami. Ja czuję niedosyt, ale nie tracę zapału i nadal wpatruję się w grzbiety książek Allende, które czekają na mnie cierpliwe, niczym nierozpakowane upominki.

Ocena: 3 / 6

11 stycznia 2013

"Sezon na oliwki" Carol Drinkwater (#86)


TYTUŁ: Sezon na oliwki
TYTUŁ ORYGINAŁU: The olive season
AUTOR: Carol Drinkwater
WYDAWNICTWO: Literackie
MIEJSCE I DATA WYDANIA: Warszawa 2010

LICZBA STRON: 437

Kontynuacja "Oliwkowej farmy" nadal zachwyca i emanuje niezwykłym klimatem francuskiej prowincji. Tym razem Carol wychodzi z cienia i opowiada o swoim trudnym dzieciństwie, kiedy brak akceptacji ze strony otoczenia i rozchwiani emocjonalnie rodzice, skutecznie odganiali jej krótkie chwile dobrego samopoczucia. Poznajemy urywki z przeszłości, z czasów studenckich, kiedy Carol poszukiwała swojego miejsca na ziemi, pokładając nadzieję w medytacji i zen. To bardzo osobista opowieść.

W tej części autorka skupia się na opisach przyrody, z uwzględnieniem tła historycznego i pochodzenia poszczególnych gatunków. Jest to ciekawy zabieg, otwierający oczy na piękno przyrody, na niuanse związane z hodowlą roślin i bogatą przeszłością związaną z ich podróżami pomiędzy kontynentami. Carol postanawia zająć się hodowlą pszczół, co skutkuje kilkoma słodkimi opisami zastosowania miodu, ale nadal epicentrum życia na farmie stanowi uprawa drzew oliwkowych. Finałem książki jest kolejny zbiór oliwek i nieznośne oczekiwanie na smak gęstej oliwy, która spływa strumieniami z maszyny tłoczącej, prosto do pękatych zbiorników. Uwielbiam ten klimat, obecność przyrody, uszanowanie jej praw, opieka nad zwierzętami, chociażby nad motylem uwięzionym pod siatką czy maleńkim ptaszkiem, który pomylił kierunki i uderzył z impetem w ziemię. Autorka posiada ogromną wrażliwość, dzięki czemu czytelnikowi udziela się pozytywny nastrój związany z celebracją zwykłej codzienności.

Carol dzieli się również uczuciami związanymi z ogromną stratą, jaką było poronienie dziecka. Przyznaje się do kłopotów związanych z utrzymaniem ciąży, czego przyczyną jest nadmierny stres i zbyt szybkie tempo życia. Dopiero po latach zaczyna rozumieć, że oliwkowa farma to dar z niebios, miejsce, gdzie czas płynie po innej orbicie, a każdy poranek niesie nadzieję, na wspaniały dzień. Kobieta opowiada o swoim cierpieniu po stracie córki, przytaczając opinię lekarską, która brzmi, jak wyrok - nie wolno jej zachodzić w ciążę, gdyż jej organizm nie jest odpowiednim schronieniem dla dziecka. To szokująca informacja, szczególnie teraz, gdy związek z Michelem wydaje się być mocnym fundamentem dla kolejnych pokoleń.

Drinkwater jest niesamowitą osobą, otwartą na ludzi i przyrodę, potrafiącą cieszyć się życiem i czerpać z niego garściami. Za każdym razem, gdy w marzeniach wędruję na oliwkową farmę, czuję nieopisaną błogość i rozanielenie. Opisy natury są malownicze, bogate i odświeżające, a ludzie, którzy przewijają się na kartach powieści to wielobarwne kwiaty, rozkwitające i ujmujące swoją urodą. Na pewno warto poczuć to wszystko na własnej skórze, albo chociażby liznąć tej atmosfery za pomocą słów.

Ocena: 5 / 6

10 stycznia 2013

"Jarmark odmieńców" Katherine Dunn (#85)


TYTUŁ: Jarmark odmieńców
TYTUŁ ORYGINAŁU: Geek love
AUTOR: Katherine Dunn
WYDAWNICTWO: G+J
MIEJSCE I DATA WYDANIA: Warszawa 2007
LICZBA STRON: 374

Rodzina Binewskich to zaprzeczenie wszelkich norm społecznych. Żyją w przyczepie, którą podróżują po Stanach, wraz z korowodem innych samochodów. Ojciec jest właścicielem cyrku, który postanawia stworzyć nowe obiekty do swoich makabrycznych przedstawień. Jego żona rodzi chore dzieci (w trakcie ciąży ingerują w rozwój płodu), które wykorzystują, jako atrakcje w swoim szarlatańskim przedsięwzięciu. Artur, najstarszy syn zostaje guru sekty, w której wyznawców zmusza się do amputacji kończyn. Poznajemy Oly, która opowiada nam historię Binewskich, a także pozwala uczestniczyć w swoim dorosłym życiu, w którym musi uchronić córkę przed strasznymi planami pewnej bogatej panny...

Totalne szaleństwo. Z każdą stroną zanurzałam się coraz głębiej w patologicznym bagnie tej cyrkowej rodziny. Artur, chłopak z płetwami, to istny szarlatan pragnący oszpecić cały świat. Jego pomysły wywoływały u mnie ścisk w żołądku i gęsią skórkę. Najbardziej śmieszyły mnie tłumy ludzi godzące się na kolejne amputacje, zbliżające ich do wewnętrznego spełnienia i upodabniające do szalonego guru. Nie mniej dziwiłam się, gdy czytałam o uczuciu, jakim darzyła go rodzina, spojrzeniom pełnym zrozumienia i ogólnej akceptacji stanu rzeczy - czyli tysięcy okaleczonych ludzi krążących wokół cyrku, błagających o odcięcie palca, dłoni, nogi...
 
Mam wrażenie, że ta książka, to jakiś żart. Śmiech przez łzy, w którym próbuję dopatrzeć się głębszego sensu, ale wszystko obtoczone jest w białej mące, wilgotnej mgle absurdu. W jakiej chorej wyobraźni powstała wizja rodziny Binewskich? Siostry syjamskie sprzedające dziewictwo za kilka dolarów, zachodzące w ciążę (ojciec nieznany, zbyt wielu kręciło się wokół przyczepy), a potem rodzące jedenastolikogramowego olbrzymka, który razem z mlekiem, wysysa z nich życie. Artur Wodnik, który obsesyjnie poszukuje zrozumienia, namawia ludzi do upodabniania się do siebie, wymusza na nich amputacje nóg i rąk, a potem zamyka w domach opieki - to wszystko oczywiście w ramach wysokiej opłaty członkowskiej. Oly, karlica albinoska, która wszystkim dogadza i na wszystko się zgadza, totalne dziwadło - zakochuje się w Arturze i za sprawą zdolności telekinetycznych najmłodszego z Binewskich, Fortunata, przenosi plemnik z jąder Wodnika do swojego jajeczka, a wszystko to siedząc wygodnie na kanapie, w trakcie rozmowy o niczym. Potem córka Oly, Miranda, wyposażona w półmetrowy ogon, którym wymachuje na prywatnych spektaklach w barze dla dziwaków i wreszcie Panna Lick, zbawicielka udręczonych, która oszpeca młode dziewczęta, pozbawiając ich urody zewnętrznej, w trosce o życie wewnętrzne.

Czyż to nie brzmi absurdalnie? Zostałam wciągnięta w wir, chaotycznie wyrywający drzewa z korzeniami i zrywający dachy. Czasami nie wiedziałam, gdzie jestem i co czytam, tyle w tym niemożliwości. Jestem przerażona, ale również niezwykle pobudzona, bo rzadko spotykam się z tak odważną prozą, poruszającą problem fizycznych ułomności i tego, jaki mają wpływ na postrzeganie rzeczywistości. Ubolewam nad faktem, że rodzice tych dzieci stworzyli obiekty cyrkowe na własne życzenie (matka łykała szkodliwe leki, paliła, piła, narkotyzowała się) powołując na świat istoty rozgoryczone i niepogodzone z własnym losem. Autorka musi być zwariowaną osobą, gdyż nikt twardo stąpający po ziemi, nie mógłby napisać czegoś podobnego...

Ocena: 3 / 6

8 stycznia 2013

"Czterdzieści zasad miłości" Elif Shafak (#84)


TYTUŁ: Czterdzieści zasad miłości
TYTUŁ ORYGINAŁU: The forty rules of love. A novel of Rumi
AUTOR: Elif Shafak
WYDAWNICTWO: Literackie
MIEJSCE I DATA WYDANIA: Warszawa 2012

LICZBA STRON: 479

Ella otrzymuje zlecenie, na recenzję książki o sufickim poecie Rumim i jego przewodniku, Szamsie. Kobieta jest na zakręcie życiowym, nie czuje się dobrze w świecie, w którym żyje. Postanawia nawiązać kontakt z autorem książki i mimowolnie otwiera serce na miłość. Dokąd zaprowadzi ją korespondencja z tajemniczym mężczyzną? Jak brzmią poszczególne zasady, które odnalazła w książce?

Shafak w tym wydaniu bardzo przypomina mi prozę Pamuka. Dużo tutaj tradycji, historii, a wszystko w formie, jakby sprzed wieków, podane na sczerniałej tacy w towarzystwie kieliszka wypełnionego po brzegi czerwonym winem. Autorka połączyła tureckie tradycje ze współczesną rzeczywistością, do jednej misy wrzuciła stworzyciela wirujących derwiszy z kobietą na zakręcie, która ponad wszystko pragnie zaznać prawdziwej miłości. Tak naprawdę wszyscy tego pragniemy, ale Shafak podeszła do tematu w innowacyjny sposób, przedzierając się przez krzaki jeżyn, raniąc dłonie, z których dopiero na koniec można zlizywać słodki sok. Zasady, które poznajemy w trakcie czytania, to uniwersalne reguły, które określają idealne układy międzyludzkie. Niektóre z nich mogłabym wprowadzić do swojego życia, niektóre wydają się utopijnymi snami na jawie.
Były chwile, gdy miałam wrażenie, że to wszystko jest zbyt wydumane, poważne, pompatyczne i zniechęcające. Musiałam skupiać się na czytanych słowach, jak rzadko kiedy, brnęłam, nie płynęłam. Potem nadeszła chwila,  w której uświadomiłam sobie, że to wszystko musi tak brzmieć. Rumi był niezwykłym poetą, uczonym, myślicielem, przewodnikiem, który podsycał ogień w wielu sercach, nie można było ująć go w proste słowa. W tej powieści nic nie jest takie, na jakie wygląda, wszędzie należy wkładać palce w poszukiwaniu drugiego dna. Dopiero po wejrzeniu w głąb siebie, będziemy w stanie zrozumieć, czym jest dla nas miłość, co możemy zrobić, aby kochać naprawdę, jakimi ludźmi musimy być, żeby nasze serce nie biło na darmo.
Oprócz czysto sufickiego podejścia do życia, warto przyjrzeć się współczesnej kobiecie, jaką jest Ella. Dlaczego pozwoliła na to, żeby to inni decydowali o jej marzeniach? Czemu schowała serce pod poduszką, zgadzała się na zdrady męża, na zamknięcie w pięknym domu, pośród starannie wyprasowanych ścierek kuchennych? To kolejny przykład na to, żeby w życiu kierować się przeczuciami - czy ważne jest to, co było, czy to, co może nadejść? Czy przed każdą ważną decyzją musimy uciekać, musimy odczuwać strach, który niejednokrotnie paraliżuje nasze ciało i umysł? Warto przystanąć na moment, ale bez zaglądania za siebie. Warto zastanowić się nad sobą, nad tym, czy jesteśmy szczęśliwi.

Ocena: 4 / 6

7 stycznia 2013

"Sekretne życie pszczół" Sue Monk Kidd (#83)


TYTUŁ: Sekretne życie pszczół
TYTUŁ ORYGINAŁU: The secret life of bees
AUTOR: Sue Monk Kidd
WYDAWNICTWO: Albatros
MIEJSCE I DATA WYDANIA: Warszawa 2004

LICZBA STRON: 318

Lata 70-te, Stany Zjednoczone. Czternasoletnia Lily ucieka z domu w towarzystwie opiekunki, czarnoskórej Rosaleen. Kobiety umykają przed prawem (Rosaleen została oskarżona o obrazę białych ludzi), despotycznym ojcem Lily oraz niewyjaśnioną śmiercią matki dziewczynki, która nie pozwala jej spać spokojnie od kilkunastu lat. W poszukiwaniu szczęścia, schronienia, a przede wszystkim odpowiedzi na dręczące je pytania, trafiają na farmę, gdzie trzy czarnoskóre siostry zajmują się hodowlą miodu. Lily znajduje wśród rzeczy matki etykietę, która widnieje również na słoikach ze słodkim płynem, które produkują siostry. Dziewczyna wie, że na tej farmie musiała być jej mama i podejmuje walkę, w której nagrodą jest prawda, a ceną jej cały dotychczasowy świat.

Urocza historia, w której można zatonąć, jak w basenie wypełnionym bursztynowym miodem. Cóż za słodka śmierć! Oprócz kilku radosnych dialogów, które wywoływały moje mięśnie brzucha do tablicy, a z gardła wydobywał się niekontrolowany rechot, były momenty cichej zadumy i kiwnięcia głowy w rytmie zrozumienia. Silne i słabe kobiety zostały tutaj połączone za sprawą tych samych pragnień, gdzieś po środku drogi prowadzącej do spełnienia. Mieszanka iście wybuchowa i nie mogło obyć się bez kilku słonych łez, przekrzykiwań i prób dominacji, ale wszystko ułożyło się i wdzięcznie uniosło, niczym rój pszczół poszukujący nowego miejsca do życia. 

Autorka stworzyła cudownych bohaterów. Jedni pełni empatii i poczucia humoru, inni zjadani przez własne smutki i plujący jadem. Oprócz niesamowitych sióstr pszczelarek, na uwagę zasługuje ojciec Lily, mężczyzna dręczony przez przeszłość i niepotrafiący okazywać uczuć, a także Rosaleen, piastunka dziewczynki, która ponad wszystko pragnęła uwolnić się spod jarzma białych ludzi. Każda osoba, która pojawiła się w tej powieści, wniosła ze sobą świeży powiew odmienności, jej obecność była uzasadniona i sprawiła, że wszystko nabrało wyjątkowego smaku. Rozmowy, jakie prowadziła August z Lily, zasługują na wielokrotne przeczytanie, na schowanie tych słów głęboko w sercu i wyciągania ich w krytycznych momentach, w których zaczyna brakować nam powietrza. To jak inhalator wdmuchujący nadzieję w nasze płuca.

Problem nietolerancji to rzecz ważna, o której warto pisać. Warto wspominać o ludzkim zachowaniu, które zasługuje na pogardę, na szyderczy śmiech i ostracyzm. Autorka poruszyła kilka ważnych tematów związanych z poszukiwaniem własnej tożsamości, wartości i walką o samego siebie. Poniekąd jest to historia uniwersalna, w której każdy powinien odnaleźć cząstkę siebie. Na koniec przychodzą mi do głowy następujące słowa: szczególną cechą świata jest to, że kręci się dalej bez względu na to, jakie spotykają nas nieszczęścia. *

* s. 294 

Ocena: 4 / 6

 
 
Książka przeczytana w ramach wyzwania  "Z literą w tle" (w tym miesiącu "K").

5 stycznia 2013

STOSIK (#15) - czyli zdobycze książkowe


Dzisiaj miała być recenzja, ale po przebudzeniu poczułam niemoc twórczą i postanowiłam podzielić się z Wami zaległym stosikiem. Wybrałam się do biblioteki w środę. Postanowiłam ograniczyć wizyty w tym przybytku wiedzy do jednej w ciągu miesiąca, bo muszę ruszyć z własnymi lekturami - kupowanie książek i czytanie tych wypożyczonych nie prowadzi do niczego dobrego. Nie chcę, żeby moje książki były tylko zakurzoną ozdobą, ale nadal nie mogę powstrzymać się od przygarniania obcych egzemplarzy. To nic, że czytam jednocześnie trzy książki - w trakcie wizyty u mojej mamy zawsze zastanawiam się, co mogłabym wziąć ze sobą...

W tym tygodniu bez szaleństw. Dorwałam kolejną książkę Schmitta (oj, już powoli wyczerpuje się repertuar schmittowych lektur) i jestem pewna, że spędzę miło czas na lekturze. Schmitt jest jednym z tych pisarzy, którym ufam bezgranicznie. Zdaję sobie sprawę, że miewał gorsze momenty w trakcie swojej kariery, ale ja akceptuję wszystko, co uroiło się w jego głowie. Dalej, Axelsson, żadne zaskoczenie. W ostatnich miesiącach sukcesywnie sięgam po jej kolejne powieści i pozwalam, żeby owionął mnie chłód jej słów. Książki Axelsson posiadają niesamowity klimat, a problemy przez nią poruszane są aktualne i wpływają na mój światopogląd. 

Przez przypadek sięgnęłam po Jarmark odmieńców - książka leżała wciśnięta pomiędzy doniczki kwiatów, których nazw nie jestem w stanie przytoczyć, jakby odrzucona przez inne, sztywno stojące na regale. Od razu pomyślałam - książka odrzucona, tak nie wolno, biorę ją ze sobą. Opis na okładce jest niezwykle zachęcający, lubię powieści o ludzkich ułomnościach, a przede wszystkim nadal próbuję zrozumieć, skąd u innych tak niewiele tolerancji...Na koniec, złapałam (w biegu dosłownie) Odrodzoną, z regału powieści obyczajowych (ten regał to droga na skróty, stoi przy wejściu i ogranicza czas spędzony na poszukiwaniach, korzystam z niego rzadko, wolę szperać sama).  Nie słyszałam o tej powieści, ale podoba mi się fabuła.

To tyle, zakopałam się w książkach po uszy. Czy wspominałam, że Weltbild znowu wyskoczył z wielką promocją (wyskoczył, jak szalony pajac z pudełka, nie mogłam nie zwrócić na to uwagi), co poskutkowało kolejnymi zakupami...No tak.

3 stycznia 2013

"Złodziejka książek" Markus Zusak (#82)


TYTUŁ: Złodziejka książek
TYTUŁ ORYGINALNY: The book thief
AUTOR: Markus Zusak
WYDAWNICTWO: Nasza Księgarnia
MIEJSCE I DATA WYDANIA: Warszawa 2008

LICZBA STRON: 495

W trakcie podróży pociągiem umiera mały chłopiec a matka na skraju obłędu i fizycznego wyczerpania, umieszcza swoje drugie dziecko w rodzinie zastępczej. Tym dzieckiem jest kilkuletnia Liesel, która ukochała sobie książki. Pierwszą lekturą, jaką zdobyła był Podręcznik grabarza, znaleziony w śniegu obok pochowanego w ziemi braciszka. Dziewczynka trafia do Molching, miasteczka niedaleko Monachium, w którym mieszkają jej nowi rodzice - Rosa i Hans, ona szalona choleryczka, on pan gąbka, który chłonie w siebie zmartwienia wszystkich wokół. Liesel zdobywa sympatię wielu ludzi, w tym odważnego chłopca o przezwisku Rudy. Nadchodzą mroczne czasy, kiedy Żydzi zamykani są w obozach, a mężczyźni zostają zmuszeni do walki za cudze ideały. Do domu Rosy i Hansa trafia Max, młody Żyd, który ponad wszystko pragnie żyć i poświęci temu wszystko, nawet długie zamknięcie w piwnicy na Himmelstrasse, ulicy, która niewiele ma wspólnego z niebem.

Ta książka posiada wszystko, czego oczekuję po lekturze. Ciekawy narrator, którym jest Śmierć, jego zmęczenie i smutek, działają na wyobraźnię milion razy bardziej, niż ludzkie opowieści z nutką egzystencjalnej goryczy.  Moje gardło wiele razy zapominało przełykać ślinę, a nos zacinał się w połowie wdechu, uszy zamykały się na otoczenie, niczym kwiaty wieczorem, zostałam odcięta od rzeczywistości i wrzucona do domu Liesel, aby tam ukryć się w kącie i obserwować. Autor zrobił wszystko, żebym pokochała bohaterów, polubiła lub odepchnęła od siebie, nie było średnich kreacji, wszystkie zostały doskonale skrojone. Przywiązałam się do ich czerstwego chleba smarowanego cienką warstwą marmolady i do miski z gorącą grochówką. Zaakceptowałam krzątaninę na dźwięku alarmu, mało tego, biegłam z nimi do piwnicy i tym samym przerażonym wzrokiem ogarniałam twarze obok. Płakałam nad losem Maxa, nad losem książek, nad losem zwykłych i niezwykłych obywateli, którym nie dano żadnego wyboru.

W swoim życiu przeczytałam wiele książek dotyczących II wojny światowej, ale najbardziej poruszają mnie historie opowiedziane z perspektywy dzieci. Niewinne istoty, przymierające głodem i pozbawione słodyczy lepkiego budyniu, ciepła aromatycznej kąpieli, lalki czy samochodziku, ze wszystkimi kończynami czy kołami. To boli najbardziej, gdy umiera dziecko, które nigdy nie tańczyło przytulone do ukochanej osoby, nie zaznało smaku pierwszego pocałunku, nie poczuło powiewu wolności, jaką daje dorosłość. Jestem zafascynowana osobą Liesel, która w mrocznych czasach bombardowań, korowodów Żydów, strachu i chłodu, pozwoliła porwać się słowom. Książki są dla mnie bardzo ważne (zabijcie mnie, jeśli macie zamiar je wszystkie spalić), dlatego z przyjemnością śledziłam przygody głównej bohaterki i jej kolejne akty złodziejstwa. Nie jestem pewna, czy odważyłabym się na podobny ruch, czy potrafiłabym czytać w niepewnych czasach głodu i smutku. Czy byłabym w stanie utrzymać książkę w dłoniach, w zimnym pokoju, w nikłym świetle lampy?

Nie będę pisać, że warto sięgnąć po tę książkę. Jeśli nie stronicie od smutnych, słodko-gorzkich historii o ludzkim okrucieństwie i walce o lepszy byt, o przyjaźni, miłości...to nie wyobrażam sobie, żebyście mogli przejść obojętnie obok Złodziejki książek. Uważajcie na swoje lektury, bo Liesel nie zawaha się ich ukraść. Przede wszystkim miejcie oczy szeroko otwarte, bo Liesel może również ukraść wasze serce.

OCENA: 6 / 6

2 stycznia 2013

"Ostatnia spowiedź, tom 1" Nina Reichter (#81)


TYTUŁ: Ostatnia spowiedź, tom 1
AUTOR: Nina Reichter
WYDAWNICTWO: Novae Res
MIEJSCE I DATA WYDANIA: Gdynia 2012

LICZBA STRON: 375

Wszystko zaczyna się od papierosa. Spotykają się na lotnisku. Ally jest w rozsypce, zmuszona do związku z dużo starszym mężczyzną, tuż po rozstaniu z zamężnym kochankiem. Brandin to gwiazda rocka, mężczyzna zmęczony życiem na świeczniku, nieustającym zainteresowaniem fanów i mediów. Ona nie ma pojęcia, kim jest Brandin i traktuje go z lekką podejrzliwością, naturalną dla pierwszych chwil znajomości. On postanawia utrzymać kontakt z dziewczyną i dyktuje jej swój numer telefonu. Od tej pory nawiązuje się pomiędzy nimi przyjaźń, a z czasem coś więcej...

Myślę, że każda kobieta przeżyła chwilowe zauroczenie wobec popularnej i niedostępnej osoby, atrakcyjnej fizycznie, uwielbianej przez setki, tysiące, miliony osób. Sama fruwałam w obłokach na myśl o Malvilu Poupaud, który po obejrzeniu Broken English kojarzy mi się z ideałem francuskiego mężczyzny. Chętnie nawiązałabym bliższą znajomość z jegomościem - powieść Reichter jest bodźcem do snucia marzeń o spotkaniu z mężczyzną prawie idealnym, przystojnym, wrażliwym, a jednocześnie zamożnym, popularnym, uwielbianym.

Powieść jest ciekawa, wciągająca, ale momentami zbyt melodramatyczna, zakrawająca na scenariusz do telenoweli dla nastolatek. Nie rozumiem postępowania głównych bohaterów, którzy są dorosłymi ludźmi, a zachowują się, jak zawstydzone własnymi ciałami trzynastolatki. Ocierają się o siebie, muskają ustami, wciąż podsycają napięcie pomiędzy sobą, wygłaszają wzruszające przemowy, a nie pozwalają ponieść się uczuciu. Nigdy nie komplikowałam spraw dotyczących bicia mojego serca, nie przepadam za tego typu podchodzeniem i odskakiwaniem, jakby ludzkie ciało mogło parzyć. Rozumiem tylko, że autorka chciała utrzymać napięcie pomiędzy bohaterami, co udało jej się zrobić po mistrzowsku. Po drugie wszystko zostało skomplikowane postacią brata głównego bohatera, który również poczuł coś więcej wobec Ally. Coś mi to przypomina...Kolejnym minusem może być kreacja Brandina. Nieistotne, że z wyglądu przypomina kobietę (o czym wszyscy mu przypominają), ale nad jego wyglądem musiałabym się głęboko zastanowić. Cienie na powiekach? W porządku, nie takie rzeczy widziałam na koncertach (w przeszłości nagminnie biegałam po tego typu imprezach), ale ten chłopak używa prostownicy, na co dzień. Czy to jest normalne wśród młodych mężczyzn? Chyba jestem za stara na takie wybryki, albo zbyt ograniczona, mężczyzna musi być zadbany, ale nawet ja nie poświęcam tyle czasu na ułożenie fryzury. Wiem, czepiam się, ale fragment o jego włosach wybił mnie z rytmu na wiele stron. 

Pomimo wszystko książka niesamowicie mnie wciągnęła i skłamałabym, gdybym napisała, że nie interesują mnie dalsze losy bohaterów. Reichter napisała powieść wieloznaczną, o poszukiwaniu szczęścia w świecie pełnym zawiści. Skłoniła mnie do zastanowienia się nad sobą, nad postrzeganiem popularnych osób, o których tak naprawdę nic nie wiem, bo portale plotkarskie piszą tylko to, co chcą. Powieść mogłaby być skarbnicą czułych określeń, które można byłoby cytować w listach miłosnych. Znajdziemy w niej wiele miłości, jeszcze pełnej zwątpienia i kruchej, ale rosnącej w siłę z każdym dniem. Historia jest w stanie podbić serce każdego, kto pragnie kochać i być kochanym. Dla fanów rocka i romantycznych ballad, pozycja obowiązkowa.

OCENA: 2 / 6

Zapraszam do zapoznania się z darmowym fragmentem książki: 

Za możliwość przeczytania książki, dziękuję wydawnictwu Novae Res.